niedziela, 15 marca 2015

Chłopięcy punkt widzenia

Do 23 roku życia w ścisły skład mojej najbliższej rodziny wliczały się poza moimi rodzicielami dwie o zupełnie skrajnej osobowości siostry.
I tak całe moje życie upływało wokół babskich spraw, koronkowych majtek i całego tego kobiecego zgiełku.
To też do momentu kiedy nie wiedziałam czy w ciąży jestem z córa czy synem, te dwie odmienne perspektywy były dla mnie tak samo pełne fascynacji i entuzjastycznego podejścia.
Wiedziałam, że jak będzie dziewczynka to się odnajdę, bo to tak w skrócie pisząc mój świat. Natomiast, jeśli chłopiec to również będzie dużo fajności, bo chociażby kolejnego siusiaka każdy u nas w rodzinie z niecierpliwością wypatrywał jak bożonarodzeniowej gwiazdki, ponieważ bab u nas w familii jak mrówków.
I przyszedł taki moment, kiedy leżąc na kozetce lekarz mój oznajmił mi, że będzie to SYN. 
Przed oczami wtedy miałam już obraz jak mąż mój ze szczęścia się miękki robi jak żółciutka kaczucha.
Odegrałam głośne fanfary, bo stwierdziłam, że sobie trochę teraz innego powietrza w życiu złapę.
No i łapałam przez pierwsze miesiące siki, które tryskały w każdą stronę, a w szczególności w moje wpatrzone w dziecię oczęta. 
Jak już załapałam pewne rzeczy i trochę cwańsza byłam otworzyły się mi w życiu dzięki mojemu synowi nowe horyzonty. Zapewne otwierać będą się ciągle to inne ale na razie mogę patrzeć na wszystko z perspektywy 20 miesięcy.
Dużo się nauczyłam, np słów typu które słyszę jak się chłopaki bawią typu "Ooo wykiprowało".  Dotychczas znałam podobne w swoim slangu kobiecym typu "Ooo cuva znowu wykipiało".

Dostrzegam różnicę, czyli wiem, że to koparka, a to spycharka.
Poza tym manualnie też jakby sprawniejsza jestem. Serwis każdego pojazdu z zamkniętymi oczami zrobię.
I tak duma z siebie samej jestem, że tu ciągnik naprawie, że silnik doczepię, burtę przymocuje.
Pojazdy w końcu są dla Marcysia bardzo bliskie sercu.
Pomijając fakt, że w aucie mógłby zamieszkać tak uwielbia jak mu się tyłek wozi samochodem.
Idąc z nim na spacerze tak entuzjastycznie wykrzykuje: " betoniarka, dzip, kajetka", jakbyśmy mieszkali na Antarktydzie, a sama częstotliwość zobaczenia takich pojazdów graniczyła z cudem.
Zresztą w ogromnej ilości walają się u nas po domu, że przemieszczam się balansując tak między pokojami jeżdżąc na tych czterokołowych, dziwnie kształciastych wrotkach. 

Jak dzień dobiega końca i Marcel już sobie śpi, to patrzę ja tak sobie na te zestawione malutkie autka równo ustawione jeden obok drugiego, które to dziecię moja ustawia komentując " nie tu" " uwaga" , " jeden, trzsi, siejść". Bardzo mnie to mocno zawsze rozczula.
Cały ten świat chłopięcych zabawek.
I te kapcie małe w wóz strażacki, które co wieczór do pary równo odkładam.
I slipki w spidermana i młotek pod łóżkiem.
I kask budowlany na miśku.
Cała ta codzienność wykreowany w malutkiej główce mojego syna.
Wiem, że kiedyś przyjdzie taki moment w którym zabawki się młodszym w rodzinnie pooddaje.
I już tych autek będzie w domu coraz mniej i mniej.
Ale sobie zachowam tego dzipa chociaż jednego, obskubanego i obitego, żeby mi przypominał te chwile wszystkie w których autka poupychane wszędzie odnajdywałam i te wspólne zabawy w których udział brałam.

Patrzę ja tak sobie często na tego łobuza w blond rozczochranej czuprynce i zastanawiam się jakim facetem on w przyszłości będzie.
Jako matka, chciałabym żeby odpowiedzialny był i wartość swoją znał.
Żeby sprytu mu nie brakowało i nikomu świadomie krzywdy nie zrobił.
By odważny był i o rodzinę swoją dbał.
Narobić się w życiu nie bał i przeprosić potrafił tam gdzie zawinił.
By wiara w nim nie gasła i silniejszy z każdego upadku wychodził.
Do marzeń swoich wytrwale dążył, chociażby absurdalne były i inni się z nich w głowę pukali.
I zawsze sobą pozostawał, nikogo nie udawał.
Ale nie mam ja sposobu żadnego na wychowanie.
Nie kieruje się żadną metodą.
Nie jest mi bliska żadna teoria wychowawcza ani przekonania żadnego poważanego w środowisku psychologa dziecięcego.
Wierzę w moją i męża miłość do dziecka i naszą intuicję.
Do niczego innego nie mam przekonania.  Nie wiem czy to wystarczy. Nie będę mu moich oczekiwań powtarzała codziennie, bo to nic nie da, a i za proste by było. Będę kochała i tak z mężem wychowywała, żeby pewne postawy same dla niego oczywiste były, wypływały ot tak po prostu z niego samego. Tak naturalnie, bez przymusu, bez wątpliwości o słuszność w działaniu.
Ale nie! Jedno przez życie powtarzać mu będę - "Że kim byś synu nie był, gdzie byś nie mieszkał i co byś nie robił to masz być zawsze szczęśliwy"! Zawsze!









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz