Dzień w dzień tyle dokładnie karmiłam moją własną osobistyczną piersią syna mojego.
Myślę, że jakby dobrze przeliczyć to uzbierałaby się tego cała cysterna mleka.
Duma mnie rozpiera, że dałam radę tak długo, bo walczyłam o to tak mocno jak o parę chyba tylko rzeczy w moim życiu.
Pamiętam jak dzisiaj gdy Marcel pierwszy raz został przyłożony do piersi i położna stwierdziła, że tu chyba nic nie będzie z tego karmienia, bo mały nie ma odruchu ssania itp.
Nie wierzyłam, bo nie dopuszczałam takiej myśli nawet do siebie.
W duchu mówiłam " zjeżdżaj już ode mnie i od mojego dziecka głupia babo".
Przyszła noc.
Marcel leżał razem ze mną a ja powoli, powoli zaczęłam go przykładać do piersi.
Odstawiał ją i znowu łapał i tak całą noc.
A, że byłam po cesarce i nie mogłam syna sobie przerzucić na drugi bok to ciągnął tylko z jednego cyca.
Przekonałam się, że czego jak czego ale odruchu ssania to na pewno synowi nie brakuje.
Zawitał poranek.
Przyszła inna położna, która podtrzymała już mnie na duchu tak jak kolejna i kolejna.
Oczywiście z zupełnie inną opinią.
Moje anioły szpitalne.
Po czym jak spojrzałam do czego doprowadziło ciągłe nocne ssanie, byłam w lekkim szoku.
Jeden wielki siny siniak.
Ból przyszedł niebawem.
I tak z krwawiącymi i zaropiałymi cycami, potem pełnymi ran i strupów karmiłam dalej. Ból był tak silny, że jak Marcel ciągnął cyca wgryzałam się w swoją skórę i łzy mi ciekły strumieniami.
Porównać wtedy to można było do wbijania miliona szpilek przy każdym pociągnięciu.
Brrr.
Modliłam się, żeby wreszcie to wszystko się unormowało i zagoiło.
I się goiło i normowało, a z każdym dniem było coraz lepiej.
Zaczęłam odczuwać z tego ogromną radość i zadowolenie.
Codziennie patrzyłam na małego jak rośnie mi przy tej piersi, jak zaczyna powoli kłaść rękę na drugim cycu.
Jak się rozwija i jak robi kolejne etapy w swoim niemowlęcym okresie.
Potem jak jego nóżki sięgały coraz dalej i dalej,
Jak z takiego pomarszczonego i skulonego dzidziusia wyrasta mi taki duży i wiercący się bydlaczek.
Więź, która się między nami wywiązała przez kawał życia małego jest nieoceniona.
I emocje nie do przeżycia w każdy inny sposób.
Wiem ile mi to wszystko dało, ile razy mnie cyc uratował przy kolkach, przy ząbkowaniu czy innych awaryjnych sytuacjach.
Nie wspominając już o bezcennej odporności, którą przez cały ten czas nabył.
Ile mieliśmy sytuacji gdzie z Tomkiem zakatarzeni chodziliśmy a młodego zupełnie nic nie brało.
Wiem, że na ogólne zdrowie w dorosłym życiu wpływa wiele aspektów i czynników ale mam nadzieję, że chociaż malutkim promilem przyczyniłam się do tego, żeby w przyszłości był silniejszym i zdrowszym facetem.
Jeżeli byłaby cena za taką możliwość karmienia oddałabym każdy mój grosz z ostatnich oszczędności.
Przez cały ten czas bardzo kierowałam się intuicją oraz potrzebami syna.
Wiedziałam i czułam, że wcześniejsze zakończenie karmienia nie jest jeszcze dla syna dobrą decyzją.
Ta radość i ten uśmiech jak mógł trochę zaznać mojej bliskości była tak mocno widoczna gołym okiem.
Widziałam jak dużo mu to daje.
Zakończyliśmy karmienie bardzo, bardzo powoli i wydaje mi się w odpowiednim momencie. Wszystko poszło gładko.
Pewnie przez tak długie karmienie nie raz i nie tylko przez jedną osobę uzyskałam opinie "stukniętej idiotki". Ale chrzanię i chrzaniłam zawsze to wszystko równo.
Taki wynik bez wątpienia zawdzięczam mojemu Tomkowi, który był dla mnie dużym wsparciem i przyjmował na siebie wszystkie te pierony, które puszczałam do niego z bezradności.
Pewnie jakby nie podobne podejście w tej sprawie do mojego albo zupełna obojętność wynik nie byłby tak imponujący.
Bardzo sentymentalne będę wspominać ten etap naszej wspólnej drogi mlecznej.
Tym bardziej, że wiążą się z tym zabawne historie* tylko dlatego, że syn mój był bardzo wielkim cycomaniakiem (sam kiedyś wołał "cycomania", chociaż nigdy ja ani mój mąż nie używaliśmy takiego określenia ale chyba wyssał to z mlekiem matki).
Nie mogę zaprzeczyć, że jest mi trochę smutno, bo nadszedł kres pięknego okresu, który już nie wróci.
Trochę czuję się jakby mi przestał funkcjonować jakiś narząd, jakbym utraciła coś niezbędnego do prawidłowego życia. Ale utwierdziłam się w tym, że nasz organizm jest niesamowitym cudem, którego nie dało się idealniej stworzyć.
Dzisiaj jestem zadowolona, że mogłam przeżyć ten aspekt dla mnie bardzo ważny w macierzyństwie, który chciałam dziecku zaoferować.
Jestem szczęśliwą i zadowoloną z każdego z tych sześciuset dni.
* I historia. Rzucałam ją na fb ale dla przypomnienia.
Syn z rana wstaje. Po czym zadaję standardowe pytanie.
- synu wyspałeś się dzisiaj ?
- nieee
- a śniło się Tobie coś ?
- ciciory !
- nieee
- a śniło się Tobie coś ?
- ciciory !
II historia
Mamy etap odstawiania cyca. Jest noc, usypiam młodego, który leży sobie i gada sam do siebie.
- Cycy be, cycy be, cycy be ...... (chwila zastanowienia)........ eeeee tam!
III historia
Marcel przynosi mi klocki i w złości mówi:
- Buduj!
- Marcel ale co mam Ci zbudować?
- cycora
Dla wyjaśnienia nie podołałam.

