sobota, 21 marca 2015

600 dni

Dokładnie 600 dni (1 rok, 7 miesięcy i 23 dni).
Dzień w dzień tyle dokładnie karmiłam moją własną osobistyczną piersią syna mojego.
Myślę, że jakby dobrze przeliczyć to uzbierałaby się tego cała cysterna mleka.
Duma mnie rozpiera, że dałam radę tak długo, bo walczyłam o to tak mocno jak o parę chyba tylko rzeczy w moim życiu.
Pamiętam jak dzisiaj gdy Marcel pierwszy raz został przyłożony do piersi i położna stwierdziła, że tu chyba nic nie będzie z tego karmienia, bo mały nie ma odruchu ssania itp.
Nie wierzyłam, bo nie dopuszczałam takiej myśli nawet do siebie.
W duchu mówiłam " zjeżdżaj już ode mnie i od mojego dziecka głupia babo".
Przyszła noc.
Marcel leżał razem ze mną a ja powoli, powoli zaczęłam go przykładać do piersi.
Odstawiał ją i znowu łapał i tak całą noc.
A, że byłam po cesarce i nie mogłam syna sobie przerzucić na drugi bok to ciągnął tylko z jednego cyca.
Przekonałam się, że czego jak czego ale odruchu ssania to na pewno synowi nie brakuje.
Zawitał poranek.
Przyszła inna położna, która podtrzymała już mnie na duchu tak jak kolejna i kolejna.
Oczywiście z zupełnie inną opinią.
Moje anioły szpitalne.
Po czym jak spojrzałam do czego doprowadziło ciągłe nocne ssanie, byłam w lekkim szoku.
Jeden wielki siny siniak.
Ból przyszedł niebawem.
I tak z krwawiącymi i zaropiałymi cycami, potem pełnymi ran i strupów karmiłam dalej. Ból był tak silny, że jak Marcel ciągnął cyca wgryzałam się w swoją skórę i łzy mi ciekły strumieniami.
Porównać wtedy to można było do wbijania miliona szpilek przy każdym pociągnięciu.
Brrr.
Modliłam się, żeby wreszcie to wszystko się unormowało i zagoiło.
I się goiło i normowało, a z każdym dniem było coraz lepiej.
Zaczęłam odczuwać z tego ogromną radość i zadowolenie.
Codziennie patrzyłam na małego jak rośnie mi przy tej piersi, jak zaczyna powoli kłaść rękę na drugim cycu.
Jak się rozwija i jak robi kolejne etapy w swoim niemowlęcym okresie.
Potem jak jego nóżki sięgały coraz dalej i dalej,
Jak z takiego pomarszczonego i skulonego dzidziusia wyrasta mi taki duży i wiercący się bydlaczek.
Więź, która się między nami wywiązała przez kawał życia małego jest nieoceniona.
I emocje nie do przeżycia w każdy inny sposób.
Wiem ile mi to wszystko dało, ile razy mnie cyc uratował przy kolkach, przy ząbkowaniu czy innych awaryjnych sytuacjach.
Nie wspominając już o bezcennej odporności, którą przez cały ten czas nabył.
Ile mieliśmy sytuacji gdzie z Tomkiem zakatarzeni chodziliśmy a młodego zupełnie nic nie brało.
Wiem, że na ogólne zdrowie w dorosłym życiu wpływa wiele aspektów i czynników ale mam nadzieję, że chociaż malutkim promilem przyczyniłam się do tego, żeby w przyszłości był silniejszym i zdrowszym facetem.
Jeżeli byłaby cena za taką możliwość karmienia oddałabym każdy mój grosz z ostatnich oszczędności.
Przez cały ten czas bardzo kierowałam się intuicją oraz potrzebami syna.
Wiedziałam i czułam, że wcześniejsze zakończenie karmienia nie jest jeszcze dla syna dobrą decyzją.
Ta radość i ten uśmiech jak mógł trochę zaznać mojej bliskości była tak mocno widoczna gołym okiem.
Widziałam jak dużo mu to daje.
Zakończyliśmy karmienie bardzo, bardzo powoli i wydaje mi się w odpowiednim momencie. Wszystko poszło gładko.
Pewnie przez tak długie karmienie nie raz i nie tylko przez jedną osobę uzyskałam opinie "stukniętej idiotki". Ale chrzanię i chrzaniłam zawsze to wszystko równo.
Taki wynik bez wątpienia zawdzięczam mojemu Tomkowi, który był dla mnie dużym wsparciem i przyjmował na siebie wszystkie te pierony, które puszczałam do niego z bezradności.
Pewnie jakby nie podobne podejście w tej sprawie do mojego albo zupełna obojętność wynik nie byłby tak imponujący.
Bardzo sentymentalne będę wspominać ten etap naszej wspólnej drogi mlecznej.
Tym bardziej, że wiążą się z tym zabawne historie* tylko dlatego, że syn mój był bardzo wielkim cycomaniakiem (sam kiedyś wołał "cycomania", chociaż nigdy ja ani mój mąż nie używaliśmy takiego określenia ale chyba wyssał to z mlekiem matki).
Nie mogę zaprzeczyć, że jest mi trochę smutno, bo nadszedł kres pięknego okresu, który już nie wróci.
Trochę czuję się jakby mi przestał funkcjonować jakiś narząd, jakbym utraciła coś niezbędnego do prawidłowego życia. Ale utwierdziłam się w tym, że nasz organizm jest niesamowitym cudem, którego nie dało się idealniej stworzyć.
Dzisiaj jestem zadowolona, że mogłam przeżyć ten aspekt dla mnie bardzo ważny w macierzyństwie, który chciałam dziecku zaoferować.
Jestem szczęśliwą i zadowoloną z każdego z tych sześciuset dni.



* I historia. Rzucałam ją na fb ale dla przypomnienia.
Syn z rana wstaje. Po czym zadaję standardowe pytanie.
- synu wyspałeś się dzisiaj ?
- nieee
- a śniło się Tobie coś ?
- ciciory !

II historia
Mamy etap odstawiania cyca. Jest noc, usypiam młodego, który leży sobie i gada sam do siebie.
- Cycy be, cycy be, cycy be ...... (chwila zastanowienia)........ eeeee tam! 

III historia
Marcel przynosi mi klocki i w złości mówi:
- Buduj! 
- Marcel ale co mam Ci zbudować?
- cycora

Dla wyjaśnienia nie podołałam. 




niedziela, 15 marca 2015

Chłopięcy punkt widzenia

Do 23 roku życia w ścisły skład mojej najbliższej rodziny wliczały się poza moimi rodzicielami dwie o zupełnie skrajnej osobowości siostry.
I tak całe moje życie upływało wokół babskich spraw, koronkowych majtek i całego tego kobiecego zgiełku.
To też do momentu kiedy nie wiedziałam czy w ciąży jestem z córa czy synem, te dwie odmienne perspektywy były dla mnie tak samo pełne fascynacji i entuzjastycznego podejścia.
Wiedziałam, że jak będzie dziewczynka to się odnajdę, bo to tak w skrócie pisząc mój świat. Natomiast, jeśli chłopiec to również będzie dużo fajności, bo chociażby kolejnego siusiaka każdy u nas w rodzinie z niecierpliwością wypatrywał jak bożonarodzeniowej gwiazdki, ponieważ bab u nas w familii jak mrówków.
I przyszedł taki moment, kiedy leżąc na kozetce lekarz mój oznajmił mi, że będzie to SYN. 
Przed oczami wtedy miałam już obraz jak mąż mój ze szczęścia się miękki robi jak żółciutka kaczucha.
Odegrałam głośne fanfary, bo stwierdziłam, że sobie trochę teraz innego powietrza w życiu złapę.
No i łapałam przez pierwsze miesiące siki, które tryskały w każdą stronę, a w szczególności w moje wpatrzone w dziecię oczęta. 
Jak już załapałam pewne rzeczy i trochę cwańsza byłam otworzyły się mi w życiu dzięki mojemu synowi nowe horyzonty. Zapewne otwierać będą się ciągle to inne ale na razie mogę patrzeć na wszystko z perspektywy 20 miesięcy.
Dużo się nauczyłam, np słów typu które słyszę jak się chłopaki bawią typu "Ooo wykiprowało".  Dotychczas znałam podobne w swoim slangu kobiecym typu "Ooo cuva znowu wykipiało".

Dostrzegam różnicę, czyli wiem, że to koparka, a to spycharka.
Poza tym manualnie też jakby sprawniejsza jestem. Serwis każdego pojazdu z zamkniętymi oczami zrobię.
I tak duma z siebie samej jestem, że tu ciągnik naprawie, że silnik doczepię, burtę przymocuje.
Pojazdy w końcu są dla Marcysia bardzo bliskie sercu.
Pomijając fakt, że w aucie mógłby zamieszkać tak uwielbia jak mu się tyłek wozi samochodem.
Idąc z nim na spacerze tak entuzjastycznie wykrzykuje: " betoniarka, dzip, kajetka", jakbyśmy mieszkali na Antarktydzie, a sama częstotliwość zobaczenia takich pojazdów graniczyła z cudem.
Zresztą w ogromnej ilości walają się u nas po domu, że przemieszczam się balansując tak między pokojami jeżdżąc na tych czterokołowych, dziwnie kształciastych wrotkach. 

Jak dzień dobiega końca i Marcel już sobie śpi, to patrzę ja tak sobie na te zestawione malutkie autka równo ustawione jeden obok drugiego, które to dziecię moja ustawia komentując " nie tu" " uwaga" , " jeden, trzsi, siejść". Bardzo mnie to mocno zawsze rozczula.
Cały ten świat chłopięcych zabawek.
I te kapcie małe w wóz strażacki, które co wieczór do pary równo odkładam.
I slipki w spidermana i młotek pod łóżkiem.
I kask budowlany na miśku.
Cała ta codzienność wykreowany w malutkiej główce mojego syna.
Wiem, że kiedyś przyjdzie taki moment w którym zabawki się młodszym w rodzinnie pooddaje.
I już tych autek będzie w domu coraz mniej i mniej.
Ale sobie zachowam tego dzipa chociaż jednego, obskubanego i obitego, żeby mi przypominał te chwile wszystkie w których autka poupychane wszędzie odnajdywałam i te wspólne zabawy w których udział brałam.

Patrzę ja tak sobie często na tego łobuza w blond rozczochranej czuprynce i zastanawiam się jakim facetem on w przyszłości będzie.
Jako matka, chciałabym żeby odpowiedzialny był i wartość swoją znał.
Żeby sprytu mu nie brakowało i nikomu świadomie krzywdy nie zrobił.
By odważny był i o rodzinę swoją dbał.
Narobić się w życiu nie bał i przeprosić potrafił tam gdzie zawinił.
By wiara w nim nie gasła i silniejszy z każdego upadku wychodził.
Do marzeń swoich wytrwale dążył, chociażby absurdalne były i inni się z nich w głowę pukali.
I zawsze sobą pozostawał, nikogo nie udawał.
Ale nie mam ja sposobu żadnego na wychowanie.
Nie kieruje się żadną metodą.
Nie jest mi bliska żadna teoria wychowawcza ani przekonania żadnego poważanego w środowisku psychologa dziecięcego.
Wierzę w moją i męża miłość do dziecka i naszą intuicję.
Do niczego innego nie mam przekonania.  Nie wiem czy to wystarczy. Nie będę mu moich oczekiwań powtarzała codziennie, bo to nic nie da, a i za proste by było. Będę kochała i tak z mężem wychowywała, żeby pewne postawy same dla niego oczywiste były, wypływały ot tak po prostu z niego samego. Tak naturalnie, bez przymusu, bez wątpliwości o słuszność w działaniu.
Ale nie! Jedno przez życie powtarzać mu będę - "Że kim byś synu nie był, gdzie byś nie mieszkał i co byś nie robił to masz być zawsze szczęśliwy"! Zawsze!









niedziela, 1 marca 2015

On

Pamiętam jak dziś, dzień w którym spotkałam mojego męża. 
Cały czas wtedy jakiś głos wewnątrz mnie podpowiadał mi, że znajomość ta przerodzi się w coś większego. 
A, że zodiakalną rybą jestem to moja intuicja się i tym razem nie myliła.
I tak po ponad 7 latach siedzę z komórka w ręku parę minut przed północą i stukam posta o właśnie tym chłopaku w jeansach i mocno niebieskich oczach.
Przez wszystkie te lata, chociaż przecież to ciągle mała cyfra, przeszliśmy razem przez bardzo wiele.
Ale zawsze było i jest to "razem". 
Nigdy mąż mój nie dał mi odczuć, że jestem z czymś zostawiona sama sobie.
W każdym dniu nadal czuję, że mogę zawsze na niego liczyć.
Zawsze mnie ciągnie blisko siebie.
Zawsze mobilizuje. Nie raz przekładał moje sprawy ponad swoje. 
Choć charakter ma ciężki jak kilku tonowa dupa słonia to i tak do się go kochać.
Wzbudza we mnie emocje od pełnego rozczulenia do szczytu frustracji.
Ogólnie to, kto nie włożył chociaż minimalnego wysiłku, by go lepiej poznać nigdy nie będzie wiedział jaki jest naprawdę. Trochę zamknięty w kokonie, bardzo ostrożnie wpuszcza sobie do niego osoby, które spotkał na swojej drodze. 
Zawsze oszczędny w słowach.
Z wyrysowanym wiecznym fochem na twarzy nie miewa czasem łatwo. 
Na domiar tego okraszone to wszystko angielskim poczuciem humoru, który nie każdy lubi czy rozumie.
Totalny fanatyk lego technic, czasem zastanawiam się, czy nie dlatego spłodził właśnie syna.
Nie każdy wie, ale mąż mój ma również nieślubne dziecko.
Jego miłość zaszczepiona w latach szczeniackich.
Rower.
Tylko jak nie ma obecnie kontuzji i czas na to pozwala, to zakłada te swoje majtki na gąbce i jedzie w siną dal.
No i oczywiści mecze.
Moje utrapienie, jego zbawienie.
U niego czarne jest czarnym, a białe białym. 
Nie ma szarości. 
Ma bardzo proste i przejrzyste zasady w życiu. 
Pamiętliwy (niestety) do bólu. 
Zawsze gardzi wazeliniarstwem, kłamstwem i dwulicowością.
Prawdziwy i szczery w każdym calu.
Nigdy nie udawał, kogoś kim naprawę nie jest, chociaż czasem jak każdemu w życiu w czymś mogłoby to mu pomóc. 
Konkretny i konsekwentny, mega skrupulatny. Perfekcjonizm to jego drugie imię. Nie ma miejsca u niego na fuszerkę czy improwizację. Wszystko musi być dopięte i dopieszczone.
Z drugiej strony to osoba dla której czas jakby nie istnieje. Ciągle bez zegarka na ręku. 
Posiada czasem mocno odbiegające poczucie, która to godzina może aktualnie być.
Nie raz o to wybuchałam jak aktywny gejzer, bo zawsze przez to albo ostatni albo wiecznie spóźnieni.
Ale przecież można mu wtedy prawić, on i tak dalej wszystko ze swoim opanowaniem i stoickim spokojem dalej robi w tempie jakim zaczął. A mnie szarpie od środka. Jak ja kocham to uczucie, takie ekspresyjne . 
Zawsze byłam marną romantyczką. Nie wyobrażałam sobie księcia na białym rumaku, nie żyłam w złudnych kolorowych obrazkach jak będzie wyglądał mój związek. Nie opieramy się na jakimś wzorcu, sami uczymy się naszego uczucia i siebie wzajemnie.
Przez, co możne tak łatwo nam odgonić ciemne chmury, które czasem i nad nami się pojawiają, bo nie jesteśmy sfrustrowani, że nie ma tak jak sobie wymarzyliśmy. Ciągle tak samo mocno nam zależy, żeby zawsze przegadać problem.
Ciągle tak samo mocno zaangażowani w zbudowanie miejsca gdzie oboje chcemy zawsze wracać z poczuciem odnalezienia ciepła i wyrozumiałości. 
Mogłoby się wydawać, że zimnego faceta sobie na męża wzięłam. Ale tak naprawdę w środku jest strasznie ciepłym i mega rodzinnym facetem. Bez słów rozumieją się z synem w swoim chłopięco-męskim świecie. Gdy patrzę jak bawi się z nim, a on wtedy, aż piszczy z zachwytu to serce mi ściska się wtedy mocno. 
Takie obrazy w mojej pamięci są najcenniejsze. 
Jak patrzę na niego ciemną,  późną nocą jak oczy jego są pełne obawy i strachu gdy dziecko chore w łóżeczku leży.
To widzę jak syn dla niego to największy skarb i najwspanialszy cud.

Kocha zawsze całym sobą. I tak jak potrafi najlepiej. A potrafi tak pięknie, że serce zawsze mamy z synem ciepłe. 

Dzisiaj mąż ma mój urodziny. Z tej okazji mężu mój 100 lat Ci życzę w zdrowiu i w szczęściu przy boku moim, a niech będzie moja krzywda :)