sobota, 7 lutego 2015

dzień powszedni

Wstaje słońce. 
Zaczyna się nowy dzień a wraz z nim kolejna próba przetrwania z szalejącym od 19 miesięcy tajfunem. 
Żywioł ten nieustannie przybiera na sile, jego zasięg ciągle rośnie a kierunek jego destrukcyjnych poczynań jest ciężki do określenia.
Nad ranem powoli pojawiają się pierwsze symptomy prognozujące pobudkę małego cyklonu. Pierwszy symptom to zmiana pozycji z bliżej nieokreślonej do leżenia na brzuchu i pnąca się ku niebiosom maleńka dupka.
Dziecko wstaje.
I tylko jak gałki swe otworzy zaczyna dzień od wiercenia swoich maciupeńkich paluszków w naszych zamkniętych oczodołach. 
Ot tak chyba z troski, co by sprawdzić czy po nocy nam oczy nie wchłonęły się do mózgu.
Kiedy okazuje się, że w tej materii nic się nie zmieniło pobudza dalej nasze narządy wewnętrzne przez energiczne i szybkie skoki. 
Z dużym naciskiem na jamę brzuszna, no bo przecież zaraz śniadanie a metabolizm od początku dnia musi być prawidłowy. 
Wtedy to jeszcze z mężem swoim walczę o chociaż 5 min na wciągnięcie "żółtka". 
Przez ten czas pod kołdrę zaczynają nam wjeżdżać ciężarówki, pociągi i inne samochody wyścigowe. W momencie kiedy nalot zaczynają robić krowy z farmy.
Wstaję. 
Sadzam królewicza na tron i ogarniam ciuchy robocze, bo pracy nas czeka co nie miara.
Ja w tym czasie ogarniam siebie i gdy nadchodzi moment spojrzenia sobie w lustro zawsze w głowie siedzi mi tylko jeden tekst - " codziennie rano budzę się coraz piękniejsza ale dzisiaj to już k-wa sama przesadziłam".
Potem nadchodzi moment teoretycznej współpracy matki z synem.
Ubieranie.
Chociaż syn mój najlepiej czułby się oczywiście w stroju pierwotnych ludzi ale podłoga moje nie czułaby się dobrze z całodobowa małą, swobodną fontanną di Trevi. 
I tak powoli miejsce swoje pobytu zmieniamy na kuchnię.
Robię śniadanie. 
Opcja pierwsza dziecko pluje. Opcja druga przyjmuje. 
Hura. 
Nadchodzi moment rzutu okiem na dom. 
O boziu kto mi to zrobił!
Ogarniam wczorajsze skutki szalejącego żywiołu. Przedstawiam koszty mężowi i ewentualnie naprawiam i sprzątam to, co jeszcze zostało. W głowie jak echo odbijają się mi wtedy słowa dialogu kury z kogutem z Marcysia książki  - "Do roboty droga kuro! Szybciej, prędzej! To nie biuro!"
Po czym szybko dochodzę do wniosku, że na 20 rzeczy sprzątniętych, mój tajfun w tym samym czasie bez kontroli rozpiernicza 60.
Odpuszczam.
Idziemy się bawić.
I tak odbywamy kilka wyścigów samochodowych, przy których piana z buzi idzie mi jak przy wściekliźnie.
Ale takie życie. Albo się mama wczuwa albo odpada. 
Potem jeszcze ładujemy drzewo dłużycowe na ciężarówkę.
Karmimy zwierzęta w farmie.
Gotujemy "ziupę" krowie (indywidualna dieta opracowana przez syna). 
Ciągnikiem siano zwieziemy i parę innych fascynujących rzeczy.
I kiedy nadchodzi taki moment, że większość zabawek nie ogarnia grawitacji i jest częściej w górze jak na ziemi to jest to moment na won z chałupy. 
Bardziej po rodzicielskiemu spacer.
I tu zależne od pogody i pory roku. 
A, że obecnie zima to co? A no sanki. 
I jeśli wybierzemy kierunek, który wiedzie na plac zabawy to z góry mam przekichane. 
Ponieważ gdy w połowie drogi chcę zawrócić mam scena na wsi na całego.
Oczywiście nie ugięta negocjuje, tłumaczę, nie zwracam uwagi. 
Po czym jak pół wsi mi w oknach siedzi poddaje się i co? 
Zawracam.
Zaliczamy plac zabaw i obowiązkowe huuusi.
I nie ważne, że zima, że huśtawka oblodzona a matce dupa odpada. 
Się huśtamy.
Potem powrót do domu na który zawsze jest za wcześnie.
A Marcel nigdy nie znudzony, nie śpiący i nie zziębnięty. 
Droga do domu zawsze musi być naokoło.
I tak przez góry, łąki, lasy, zasapana, zmachana, trochę z odczuciem konia towarowego jesteśmy w domu.
A nie! Nie tak łatwo!
Przedtem muszę jeszcze pokonać opór jaki Marceli stawia nogami w progu drzwi i tak wijącego, obrażonego i płaczącego rozbieram. 
Oj zła kobieta ze mnie, bo przecież jakby nie można w zimę w ilgo zamieszkać a latem w szałasie. To taka, żem wygodna.
Jemy ciepłe danie i od 19 miesięcy zadaję synulowi to samo pytanie. "Synu jesteś już śpiący"? Zawsze pada niezmiennie słowo NIE! 
Nie poddaję się. 
A warto, bo dziecko zasypia.
I takim sposobem mam statystycznie jakieś 1,5 godz na spichcenie obiadu i leżenie do góry d---. Statystycznie, bo syn wstaje po 40 min. 
Gotujemy razem. 
Po obiedzie zabawy cześć dalsza, czyli patrz cześć pierwsza dnia plus tatunio. 
I tu zaczynają się ekstremalne sporty.
Ja tylko zaglądam czy dziecku głowa nie odpadła, rąk nie ma tam gdzie nóg.
Nic nie wisi i kręci się w tą stronę, którą kręcić się powinno. 
Między czasie kilka razy zrobię po domu "na bajana", pozapełniamy żołądka. I oczywiście zależne od dnia się prasuje, pierze, robi ciasta, pasztety, sałatki, czyści fugi, myje okna, odkarmienia to, co zalazło i inne czynności, które odwalić w domu trzeba.
Zbliżamy się do końca dnia i od dłuższego czasu w podziale ról mama kąpie, tata karmi, mama usypia docieramy do końca dnia.
W nocy jak sobie zasłużyłam to dziecko mi wstanie tylko 4 razy. Jak nie zasłużyłam to 44 razy.
Jak ogólnie jest w ciągu dnia?
Jest intensywnie na tyle, że nigdy nie podałam na twarz tak jak teraz. 
Nawet wtedy kiedy pracowałam dzień za dniem po 10 godz a do domu wracałam po 13 godzinach. To pikuś. Czasem jak pod koniec dnia patrzę na syna i analizuje szybko stan mojego zmęczenie to czuje się jakbym ja jechała na zwykłych bateriach a Marcyś na Duracell. 
Ale i tak jest ZAJEBIŚCIE!
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz