piątek, 20 lutego 2015

Życie towarzyskie

Przychodzi taki moment w życiu małego ancymona, że cyc i kieca mamy to stanowczo za mało. 
Tak też synowi mojemu przestrzeń życia osobistego poszerza się i rozciąga dosyć zamaszyście na wschód i zachód, północ i południe.
Do swojej nie innej jak otwartej na oścież przestrzeń jest gotów zaprosić każdego. 

Warunkiem jest posiadanie wypasionej chociaż jednej zabawki, wykrzywienie skóry na twarzy w sposób najbardziej pokazowy, czy być aktualnie w posiadaniu chociaż grama "cukiera".

Jeżeli spełnia się chociaż jeden z trzech warunków dziecko uznaję za sprzedane. 

W tak niedalekiej odległości od mojego rodzinnego gniazda znalazła się druga taka matka, która to również dziecię swoje postanowiła uspołeczniać. I tak syna swojego, jedynego i kochanego zaryzykowała i w towarzystwo mojego popchała. 

W praktyce to wygląda bardzo prosto albo ja zabieram syna pod pachę i robimy rozpierduchę u kolegi albo wersja bardziej bolesna. Oni robią taką samą rozpierduchę u nas. 

Chłopcy w swej zabawie kierują się bardzo jasnymi i przejrzystymi zasadami wspólnego obcowania. Oczywiście bez zastrzeżeń działa to w dwóch kierunkach.

Zasada 1

Przychodzisz do mnie to pamiętaj, moje zabawki i moje królestwo. Pełny respekt do Mojego terytorium i do Moich zasad rządzenia. 

Zasada 2

Jeżeli ja się bawię jedną zabawką a Ciebie najdzie ochota na dokładnie tą samą zabawkę to przynajmniej minimalnie o nią powalcz. Nie oddawaj bez walki. Przyda Ci się to w bestialskim dorosłym życiu, gdzie o swoje trzeba walczyć, inaczej Cię rozkradną i wyszarpią, co jeszcze pozostało.

Zasada 3 

Co Twoje to i moje, a co moje to już nie Twoje. Znajomość tej zasady będzie dla Ciebie fundamentem do przetrwania w małżeństwie z żoną. Oczywiście jak się domyślasz mowa tu o Twojej forsie. Kobiety podobno tak mają ty sponsorujesz dom i dzieci, a żona sponsoruje swoje "waciki".

Zasada 4

Jeśli masz coś do mnie strzelmy sobie wzajemnie po razie i po sprawie. Po co analizować, dyskutować, tak przecież krócej i po męsku.

Zasada 5

Jeżeli najdzie mnie ochota na pocałowanie Twojej mamy. Nie patrz się krzywo i nie stawiaj oporu. Zrozum chłopie ciągle tylko jedna kobieta i ciągle mama. (Wyjątki imprezy rodzinne)

Zasada 6

Jeżeli usłyszysz w wypowiadanym zdaniu nowinki językowe jak np "cholera" szybko wyłapuj. Dwa razy powtarzać nie będę, bo mnie z domu wyeksmitują a jak na razie do roboty mi nie spieszno.

Zasada 7   

Jeżeli zaczynają mi się ataki złości nie traktuj mnie jak furiata. Mamie się wydaje, że oddaje mnie tacie na wyciszenie, a ja po prostu jestem ciekawy do której rundy tata już doszedł lub jaki jest wynik meczu.

Zasada 8

Nie trać wiary w to, co wspólnie robimy. Tak jak Ci wcześniej mówiłem materac na łóżku rodziców na pewno ma wbudowaną trampolinę. Po prostu ciągle widocznie nie skaczemy tam gdzie się ona wysuwa.  

Zasada 9.

Na wadzę przybieramy równo. Nie będę nosił przez wieś ze sobą jeszcze paczki pampersów.

Zasada 10

Jeżeli mamy nam wymyślą jakąś zabawę nie bawimy się w nią dużej niż 10 min. One będą zadowolone, bo pomyślą, że są kreatywne i nie wieje od nich nuda a my unikniemy w ten sposób dodatkowych problemów.

Zasada 11

Jeżeli rodzicielki nasze uparły się, co do czytania nam książek nie stawiajmy oporu. Dobrze wiemy, że lecą z pamięci ale jak zapomną alfabetu to kto nam wypracowania będzie w szkole pisał. A lecąc na znajomości lektur przez tatuśków naszych to nawet z przedszkola nie wyjdziemy.

Zasada 12

Jeżeli usłyszysz słowo "pa pa". Nie buntuj się, po prostu czuję, że opadam z sił a przed nami jeszcze noc. Zakład kto da dłużej popalić rodzicom w tym miesiącu jeszcze się nie skończył, a ja czuję w powietrzu moje zwycięstwo. 

Zasada 13

Jeżeli po spotkaniu odnajdziesz na swoim ciele nowe rany nie czuj urazy. Pamiętaj to zawsze będzie symbolem wśród kobiet męskość, siły i bohaterstwa. Czyli wszystkie laski NASZEEE!


Rola mamusiek w porównaniu do zasad naszych synów jest mocno prymitywna. Ogranicza się tylko do zapewnienia prowiantu, zadbaniu o sprawy organizacyjne i dopinanie kalendarza spotkań naszych synów.
Natomiast wiara  w sens tego, co robimy jest na prawdę wielka.

Wiele nie oczekujemy.
Chcemy tylko z wypiętą piersią odbierać synów, gdy stópki tych małych obywatelów przekroczą próg publicznej placówki dla małych tyranków. A nie zza krzaków wywoływać imię syna z litością czekając jak panie przedszkolanki spuszczą nam go z okna, unikając tym samym jadowitego spojrzenia opiekunek oraz bezpośredniej konfrontacji z nimi i przyjmowania reprymendy za zrujnowanie życia psychicznego.

Panie Boże ustrzeż Nas

sobota, 7 lutego 2015

dzień powszedni

Wstaje słońce. 
Zaczyna się nowy dzień a wraz z nim kolejna próba przetrwania z szalejącym od 19 miesięcy tajfunem. 
Żywioł ten nieustannie przybiera na sile, jego zasięg ciągle rośnie a kierunek jego destrukcyjnych poczynań jest ciężki do określenia.
Nad ranem powoli pojawiają się pierwsze symptomy prognozujące pobudkę małego cyklonu. Pierwszy symptom to zmiana pozycji z bliżej nieokreślonej do leżenia na brzuchu i pnąca się ku niebiosom maleńka dupka.
Dziecko wstaje.
I tylko jak gałki swe otworzy zaczyna dzień od wiercenia swoich maciupeńkich paluszków w naszych zamkniętych oczodołach. 
Ot tak chyba z troski, co by sprawdzić czy po nocy nam oczy nie wchłonęły się do mózgu.
Kiedy okazuje się, że w tej materii nic się nie zmieniło pobudza dalej nasze narządy wewnętrzne przez energiczne i szybkie skoki. 
Z dużym naciskiem na jamę brzuszna, no bo przecież zaraz śniadanie a metabolizm od początku dnia musi być prawidłowy. 
Wtedy to jeszcze z mężem swoim walczę o chociaż 5 min na wciągnięcie "żółtka". 
Przez ten czas pod kołdrę zaczynają nam wjeżdżać ciężarówki, pociągi i inne samochody wyścigowe. W momencie kiedy nalot zaczynają robić krowy z farmy.
Wstaję. 
Sadzam królewicza na tron i ogarniam ciuchy robocze, bo pracy nas czeka co nie miara.
Ja w tym czasie ogarniam siebie i gdy nadchodzi moment spojrzenia sobie w lustro zawsze w głowie siedzi mi tylko jeden tekst - " codziennie rano budzę się coraz piękniejsza ale dzisiaj to już k-wa sama przesadziłam".
Potem nadchodzi moment teoretycznej współpracy matki z synem.
Ubieranie.
Chociaż syn mój najlepiej czułby się oczywiście w stroju pierwotnych ludzi ale podłoga moje nie czułaby się dobrze z całodobowa małą, swobodną fontanną di Trevi. 
I tak powoli miejsce swoje pobytu zmieniamy na kuchnię.
Robię śniadanie. 
Opcja pierwsza dziecko pluje. Opcja druga przyjmuje. 
Hura. 
Nadchodzi moment rzutu okiem na dom. 
O boziu kto mi to zrobił!
Ogarniam wczorajsze skutki szalejącego żywiołu. Przedstawiam koszty mężowi i ewentualnie naprawiam i sprzątam to, co jeszcze zostało. W głowie jak echo odbijają się mi wtedy słowa dialogu kury z kogutem z Marcysia książki  - "Do roboty droga kuro! Szybciej, prędzej! To nie biuro!"
Po czym szybko dochodzę do wniosku, że na 20 rzeczy sprzątniętych, mój tajfun w tym samym czasie bez kontroli rozpiernicza 60.
Odpuszczam.
Idziemy się bawić.
I tak odbywamy kilka wyścigów samochodowych, przy których piana z buzi idzie mi jak przy wściekliźnie.
Ale takie życie. Albo się mama wczuwa albo odpada. 
Potem jeszcze ładujemy drzewo dłużycowe na ciężarówkę.
Karmimy zwierzęta w farmie.
Gotujemy "ziupę" krowie (indywidualna dieta opracowana przez syna). 
Ciągnikiem siano zwieziemy i parę innych fascynujących rzeczy.
I kiedy nadchodzi taki moment, że większość zabawek nie ogarnia grawitacji i jest częściej w górze jak na ziemi to jest to moment na won z chałupy. 
Bardziej po rodzicielskiemu spacer.
I tu zależne od pogody i pory roku. 
A, że obecnie zima to co? A no sanki. 
I jeśli wybierzemy kierunek, który wiedzie na plac zabawy to z góry mam przekichane. 
Ponieważ gdy w połowie drogi chcę zawrócić mam scena na wsi na całego.
Oczywiście nie ugięta negocjuje, tłumaczę, nie zwracam uwagi. 
Po czym jak pół wsi mi w oknach siedzi poddaje się i co? 
Zawracam.
Zaliczamy plac zabaw i obowiązkowe huuusi.
I nie ważne, że zima, że huśtawka oblodzona a matce dupa odpada. 
Się huśtamy.
Potem powrót do domu na który zawsze jest za wcześnie.
A Marcel nigdy nie znudzony, nie śpiący i nie zziębnięty. 
Droga do domu zawsze musi być naokoło.
I tak przez góry, łąki, lasy, zasapana, zmachana, trochę z odczuciem konia towarowego jesteśmy w domu.
A nie! Nie tak łatwo!
Przedtem muszę jeszcze pokonać opór jaki Marceli stawia nogami w progu drzwi i tak wijącego, obrażonego i płaczącego rozbieram. 
Oj zła kobieta ze mnie, bo przecież jakby nie można w zimę w ilgo zamieszkać a latem w szałasie. To taka, żem wygodna.
Jemy ciepłe danie i od 19 miesięcy zadaję synulowi to samo pytanie. "Synu jesteś już śpiący"? Zawsze pada niezmiennie słowo NIE! 
Nie poddaję się. 
A warto, bo dziecko zasypia.
I takim sposobem mam statystycznie jakieś 1,5 godz na spichcenie obiadu i leżenie do góry d---. Statystycznie, bo syn wstaje po 40 min. 
Gotujemy razem. 
Po obiedzie zabawy cześć dalsza, czyli patrz cześć pierwsza dnia plus tatunio. 
I tu zaczynają się ekstremalne sporty.
Ja tylko zaglądam czy dziecku głowa nie odpadła, rąk nie ma tam gdzie nóg.
Nic nie wisi i kręci się w tą stronę, którą kręcić się powinno. 
Między czasie kilka razy zrobię po domu "na bajana", pozapełniamy żołądka. I oczywiście zależne od dnia się prasuje, pierze, robi ciasta, pasztety, sałatki, czyści fugi, myje okna, odkarmienia to, co zalazło i inne czynności, które odwalić w domu trzeba.
Zbliżamy się do końca dnia i od dłuższego czasu w podziale ról mama kąpie, tata karmi, mama usypia docieramy do końca dnia.
W nocy jak sobie zasłużyłam to dziecko mi wstanie tylko 4 razy. Jak nie zasłużyłam to 44 razy.
Jak ogólnie jest w ciągu dnia?
Jest intensywnie na tyle, że nigdy nie podałam na twarz tak jak teraz. 
Nawet wtedy kiedy pracowałam dzień za dniem po 10 godz a do domu wracałam po 13 godzinach. To pikuś. Czasem jak pod koniec dnia patrzę na syna i analizuje szybko stan mojego zmęczenie to czuje się jakbym ja jechała na zwykłych bateriach a Marcyś na Duracell. 
Ale i tak jest ZAJEBIŚCIE!