Ogólnie to człowiekiem stadnym jestem.
Dobre towarzystwo cenię sobie i to nie mało, bo lubię czasem intelektualnie zmęczyć się podczas rozmowy z przeciwnikiem.
Są i tacy co i zmęczyć mnie swoją wspaniałowościa potrafią i ostatnie soki ze mnie wycisną i energię dobrą zabiorą. A ja wtedy przechodzę przez wszystkie rozdziały z książki ze swoją mową ciała, co by postawą jasny do odbioru przekaz dać, że nie koduje co ty do mnie gawarisz a moje savoir-vivre nie pozwala powiedzieć "spływaj".
Świadomość moja jest na tyle duża, że zdaje sobie sprawę, iż vice versa. Sama przez to ze sobą przechodziłam. A razem ze mną przechodziła Celine Dion. W podziale ról: ona śpiewała, a ja ryczałam. Ale to dawno bardzo było. Teraz albo jestem silniejsza albo mam do siebie tyle empatii co ślimak.
Wracając do sedna sprawy to pomijając fakt, że dobre towarzystwo działa na mnie jak mocna kawa to lubię jednak te chwile spędzone w samotności.
I choć od pojawienia się dziecka na świat, dom nasz praktycznie nie zaznaje ciszy, bo wszędzie roznosi się świergot mojego pisklęcia. To jednak przychodzi ta czarna i ciągle za krótka noc.
I nastaje czas w którym nie tylko mężczyźni mają potrzebę czasem zaszyć się w swojej jaskini. Czas kiedy dziecko moje już śpi a ja siedzę w fotelu z kubkiem kakao jest czasem na przerobienie emocji z dnia całego i na poznawanie siebie. Oczywiście wygospodarować trochę czasu na dokonanie takiej higieny psychicznej to nie lada rarytas ale gra jest warta świeczki.
Muszę mieć takie chwilę by nad sobą się zastanowić. Jeśli chce się dobrze czuć sam ze sobą trzeba mieć ten moment na bycie tylko ze swoimi myślami.
Czasem ucieka się przed tymi chwilami. Strach przed przyznaniem się do pewnych rzeczy jest większy ale nie tędy droga.
Poza tym ze jestem matką i żoną jestem też kobietą. Jestem sobą - odrębną jednostką, która musi zajrzeć czasem, co w środku u mnie siedzi.
W pełni rozumiem osoby, które uwielbiają samotne piesze wycieczki po górach. Uważam, że jest w tym tak dużo mistycyzmu, którego ja ciągle poszukuję. I chociaż każdy ma swój sposób na medytacje, na swoisty rodzaj mentalnej włóczęgi to w moim przypadku nierzadko jest to bieganie.
Tak też sobie wybiegałam kilka problemów a raczej sposobu na nie. I kilka pomysłów w moim życiu też wybiegałam.
Pewnie dlatego jestem bardzo ze sobą pogodzona i nie mam problemu z szeroką pojętą akceptacją siebie samej. A przecież jest to tak ważne w budowaniu zdrowych relacji partnerskich czy w wychowaniu dziecka. Niby takie oczywiste ale nie do końca już tak proste.
Człowiek poznaje siebie przez całe życie. Sytuacje różne w życiu powodują, że zmienia się swój charakter, swoją osobowość bez naszej czasem woli. Jak korzeń wrośnie mocno w ziemię tak emocje towarzyszące silnym przeżyciom zostają i panosza się jak cholery chcą.
Nad niektórymi można cechami jeszcze pracować by powróciły z lat w których się człowiek uwielbiał. Ale siebie trzeba czasem dobrze przerobić. Kartka po kartce opanować jak książkę. Nie wyrywać kartek, bo wtedy całości się nie zrozumie i sensu odszukać na próżno.