niedziela, 23 kwietnia 2017

Ona

Sumienie.
To ono mnie tutaj przytargało na mojego archaicznego bloga, bo dla krótkiego wyjaśnienia moja abstynencja tutaj była spowodowana wieloma czynnikami. Trochę brakiem czasu ale bardziej chyba tym, że nie składały mi się palce na klawiaturze.
Ale, że przybyło mi przez ten czas dziecko w sztukach jeden to musiałam to tutaj obwieścić. Bo gryzę paznokcie ze strachu, że przyjdzie taki dzień, że moja córa przyjdzie do mnie i oskarży mnie, że jej przybycie na świat nie wiązało się już z takimi emocjami i, że się wypukałam z wszelkich inspiracji. A toż to nieprawda.

Przyszedł piękny czas w moim życiu, kiedy to w sferze rodzinnej jestem cudownie spełniona. 
Moja córa obdarzyła nas wielkim szczęściem całą swoją cudowną istotką.
Człowiek jak ma jedno dziecko ma wrażenie, że nie jest możliwością wcisnąć jeszcze w swój codzienny bezlitosny zegar czas w którym będzie się go obdarowywało kolejne dziecko. Ale potem okazuję się, że wszystko przecież można zorganizować. Że trzeba to zrobić. Twoje dni lecą wtedy jak na przyspieszonym filmie. 
Budzę się rano i patrzę jak moja córa jest już wielka. Jej nóżki sięgają mi coraz dalej i dalej. Rysuje się przez codzienność czysta rodzicielska ambiwalentność. Z jeden strony niczego się tak nie pragnie jak tego, by latorośle się bardziej usamodzielniły i dały nam rodzicom złapać oddech. Ale wrzeszczeć się chce, bo te chwilę tak szybko uciekają i chociaż staramy się w pamięci te chwile zakopać na zawsze to nasza ludzka pamięć bywa awaryjna. 

Zanim moja Elwi się urodziła moje otoczenie nas oszukiwało karmiąc tekstami, że jedno dziecko jest inne od drugiego. No i jest, ale w kwestii jakiej najbardziej nam zależało czyli ilości godzin jakie będzie przesypiało jest bezlitosne.
U moich dzieci w żyłach płynie kofeina, im mniej śpią tym lepiej żyją.
Mała ciągle walczy i próbuje pokazać, że ona nawet w dzień nie potrzebuje strzelić sobie drzemki. Nawet jeśli udaje się mi wygrać i odpływa to wtedy głowa już śpi ale to małe ciało ciągle walczy. Jeszcze ręce szczypią, nogi kopią. Babka jest naprawdę zatwardziała.
Oprócz tego, że jest twarda jest i szybka. Trzymając ją na rękach zamaszyście przebiera rękami i nogami jakby miała być w każdej chwili przygotowana, że ją wypuścisz a ona musi zalewitować i utrzymać się w powietrzu.
Nie potrafi pogodzić się z tym, że w jej przypadku moda i trendy wyznacza fakt, że wbiła się w kolejny rozmiar ubranek dlatego noc to dla niej wieczna wyżerka. W pełni świadoma, że mleko to nie placebo. Jeżeli nie słychać odgłosów : guul, guuul guuuuul to znaczy, że noc dobiegła końca.
A ja po nocy czyję się jak wysuszona gazela.


Ale cieszę się jak wariatka, że mam swoją córę, bo wiem, że plecie się między nami cudowna więź. Myślę, że dziewczynki mają trochę pod górkę w ówczesnym świecie. Muszą się zmierzać z naciskiem z różnych stron środowiska, czy też mediów aby wyglądały jak kopia jakieś „doskonałości” na którą każda ma się wzorować. Trochę przez to zatracając swoją własną tożsamość. Dlatego potrzebna jest siła i wiara w siebie. Świadomość, że jest się jedyną i niepowtarzalną istotą z pewnym splotem różnych umiejętności i predyspozycji do wykonywania fantastycznych rzeczy w życiu. W którym przecież nie chodzi o to aby codziennie podpinać się pod gloryfikowaną przez społeczeństwo osobę. Każdej z nas kobieca intuicja podpowiada przez które ścieżki w życiu warto przejść, a które warto omijać. Nie zaguszajmy głosu z serca, bo dźwięk ten słyszy nasze dziecko, a to już pierwszy krok w podróży do pełni szczęśliwego życia.





czwartek, 10 grudnia 2015

O nas kobietach

Ostatnio pisałam posty i kasowałam na przemian, bo ciągle coś mnie w nich uwierało.
Ale od jakiegoś czasu chce trochę napisać o nas kobietach.
Ogólnie (i nie dyskutować tu proszę ze mną), to wszystkie jesteśmy mocno zajebiste.
No chyba, że któraś nie jest solidarna z naszym żeńskim plemieniem i podbiera partnera tej, która upolowała sobie go wcześniej.
A feee.
Jesteśmy wspaniałe w całej swojej okazałości i tak skomplikowane, że same siebie nie rozumiemy.
Potrafimy każdą myśl w mózgu przeprać jak bęben od pralki skarpetkę, a w okresie PMSu, wszystko wirujemy w głowie z zawrotną prędkością.
Jesteśmy tak różne i kolorowe, że to jest w tym wszystkim najlepsze.
Jednej ciało przyjmuje tylko kolor różowy.
Ale ona tak czuje, a nam nic to do tego.
Druga sypie sobie róż ale w innym wydaniu na policzki i wyskubuje mocno brwi po czym wygląda jakby przez całe życie była mocno zdziwiona.
Potrafimy z porannej zmory zrobić z siebie zmysłową dziewoje i to wszystko w 308 sekund.
Ogólnie to potrafimy wszystko.
Lepiej lub gorzej.
Jak trzeba to tyłki spinamy i na szczyty doskonałej organizacji potrafimy się wspiąć.
Te które osiągają inny poziom samodyscypliny to w korku ziemniaki na obiad nawet są w stanie obrać.
I jak tu nas nie kochać?
Tylko same siebie na wzajem już chyba nie do końca.
Ja nie wiem tylko co nam w głowie trochę się poprzewracało.
Ale mam wrażenie, że płeć żeńska nie trzyma się tak mocno ze sobą razem.
Czytam lub słyszę, że kobieta to się z drugą kobietą dogadać nie może, że ona to tylko z facetami.
No cholera jasna, ja rozumiem wiele ale facet nie zrozumie we wszystkim drugiej baby.
W jego jajkach nie płyną estrogeny, progesterony i inne hormony ocipiające nasz umysł i ciało.
Jak kobieta ma płaczliwe wieczory to chłop nie utuli, to wtedy tylko druga baba jak z winem odwiedzi w domu i z solidarności też ryczeć będzie to taka terapia może tylko przynieś pożądane efekty.
Wszystkie jesteśmy zdolne, piękne oraz zgrabne.
Zawsze jedna coś ma ale czegoś jej brakuje.
Czyli śpiewa dobrze ale dupy nie ma.
Druga gotować nie umie ale kasa jej się w rękach mnoży.
Ja bardzo lubię babskie spotkania. My mamy bardzo mocne poczucie humoru.
No jak te spotkania zawsze są obfite w przeżycia.
Chociaż trochę mam wrażenie, że podrętwiałyśmy.
Albo czas nas sparaliżował.
A jak już matką się stajemy to istne drewno z nas bywa.
No kurna.
Spina wtedy niepotrzebna,
Bo się porównujemy.
Bez sensu z resztą.
A bo ja to jestem bardziej zapracowana od Zośki, bo tamta nie pracuje tylko dziecko na głowie ma.
Albo, że Kaśka to ma czas na siłownie, bo domowych obiadów nie gotuje i pomoc od rodziców cały czas dostaje itp.
I Maryśka to niezła dupa może i jest ale niech ona najpierw dwie ciąże przenosi, porody przeżyje i pokarmi tymi obfitymi cyckami z rok czasu to wtedy pogadamy.
Prześcigamy się, której to ciężej i która to ma mniej czasu.
A po co, każda ma inne umiejętności i różnie sobie ze wszystkim radzi.
A każda ma chwilę luźniejsze i zapiernicz.
Nawet ta która nie ma rodziny.
Nie możemy być we wszystkim dobre.
Przynajmniej nie w czasach gdy doba trwa tylko 24 godz.
Jeżeli świadomie decydujemy się, że poświęcamy się czy to rodzinie, pracy czy tym żeby być "bjuti" albo próbujemy łączyć jakieś dwa aspekty wiedząc, że inne uciekają nam gdzieś z boku.
To nie puszczajmy jadu do tych, które zdecydowały inaczej albo los zdecydował za nie.
Niech epidemia zajebistości się w nas rozrasta i pozwala nam sięgać gwiazd.
Bo każda ma inną wizję na siebie.
Najlepszą.

Pozdrawiam Was :*

                        



sobota, 19 września 2015

Jest takie jedno miejsce na ziemi

Gdzieś tam, gdzie kończy się świat stoi duży dom.
Dookoła niego z każdej strony wyrasta las, wyłaniają się prowadzące donikąd wąskie polne ścieżki i pachnące łąki.
Wszędzie słychać śpiew ptaków lub stukot dzięcioła.
Przed domem na środku podwórka rośnie ogromny, stary kasztan.
Pod nim ustawiona pomalowana na brązowo ławka.
Drzewo to mocno zakorzeniło się przez lata z naszą rodziną.
Jego konary wyhuśtały wszystkie dzieci w rodzinie.
Wysłuchały tysiące rozmów i zwierzeń.
Dawały schronienie w upalne lato.
Przyjmowało każdego kto chciał ukoić łzę i zakrywało swoim potężnym pniem, tak by nikt nie zdołał zauważyć niczego.
Cieszył się z momentów jak rodzina zjeżdżała się i świętowała pod jego ramionami.
Dotknięty przez zarazę, potrzaskany przez pioruny.
Odbijał się i w sile rośnie pięknie służąc nam do dnia dzisiejszego.
Pozostanie dla mnie zawsze symbolem wieczności i odradzania się na nowo.
Dokładnie tak jak z naszym życiem.
Gdy trochę los nas pokruszy na kawałki.
Zbieramy je i składamy na nowo, by w całości dalej przez nie iść.

Jest niedziela.
Wjeżdżam z synem na podwórko.
Wychodzę z samochodu.
Na schodach wita nas już wujek z gościnnym i radosnym uśmiechem.
Krzycząc coś powitalnie wraca do domu po Nią.
Wychodzi z radosnymi oczami Ona.
Moja Babcia.
Człowiek dusza.
O sercu potrzaskanym przez życie i przez nas samych trochę też.
Ale miłość i ciepłe serce czuje od niej każdy na własnym sercu.
Jej życie można byłoby zapisać w tonach książek.
Jedna z najważniejszych  osób w moim życiu.
Która nieświadomie wpływa na kształt mojego charakteru w sposób prosty i bardzo piękny.
Najlepszy nauczyciel empatii i wychodzenia z ciężkich momentów z życia z głową w górze.

Marcyś zaczyna gonić za kotem, który sam nie wie czy uciekać czy dać się wytarmosić.
Idziemy na spacer, bo babcia mówi, że niedaleko na łące są konie.
A widok ich jest równoznaczny z nieokiełznaną radością u syna.
I tak maszerujemy, a ja wdycham inne powietrze.
Powietrze, które wypełniało całe moje dzieciństwo tym miejscem.
Dla mnie bardzo sentymentalnym.
Nie było wakacji, ani ferii bez tego miejsca.
Przepełniona moja głowa jest kolorowymi obrazami z dzieciństwa.
Widzę jak dziś obraz na którym babcia z pieca chleb gorący wyjmuje.
Jak przynosi nam mleko, a my zbieramy się wszyscy dookoła wiadra i wybieramy pianę palcami.
Jak skaczemy po sianie w stodole z najwyższej belki.
Radość w kuligu jak wywalały się sanki.
Czy pakowanie przez babcie po raz setny siana do worka, bo przecież znowu się na jakimś korzeniu rozerwał.
A babcia nie narzekała tylko szukała worków na górkę z której potem z nami zjeżdżała.
Jak wchodzę do dziadka, który robił coś z drewna a wieczne pytanie " Dziadek a, co to będzie"
" a Agniesiu drzwi do lasu, żeby ludzie grzybów nie kradli"
I rozmyślałam później w którym lesie dziadek te drzwi założy.
Babcie, która robiła nam lalki z długiej trawy, a my wszystkie siadałyśmy wokół niej.
I ona tak wszystko z niczego potrafiła zrobić.
A na końcu zawsze był wielki efekt wow.
I opowiadała o życiu jak dawniej wyglądało.
Zdanie, że nikt pracowity (robotny w oryginalnym powiedzeniu) się nie rodzi tylko trochę chęci wystarczy.
Powinien, chyba każdy na ścianie sobie powiesić, co wykręca się od pracy mówiąc, że z natury człowiekiem leniwym jest.
Tyle obrazów mam w głowie.
Tyle naprawdę fajnych wspomnień.
Bardzo często z lat, które były tak dawno, że nie mają prawa się w głowie tak długo zachować.
Pamiętam jak byłam bardzo malutka i poszłyśmy z babcią już do chorej prababci.
Jej drewniany dom, podłogę z desek.
Niebieskie ściany i biały kredens w kuchni.
I smak kaszy manny, którą u niej jadłam.
Niesamowite jest to, że jako dziecko ma się tak wszystkie zmysły wyostrzone, że pamięta się smak, zapach tamtych czasów.
Bardzo doceniam to, że w życiu okres dzieciństwa był u mnie w pełni beztroski i udany.
To wielkie szczęście.
 I zasługa mojej rodziny.
Każdy z rodziców chce podarować swojemu dziecku beztroskie dzieciństwo, bo potem życie już nie zawsze bywa nam takie przychylne.
Nie wiem jakie moje dziecko będzie miało wspomnienia.
Zupełnie inne, bo czasy już nie te same.
Nie wiem kogo będzie wspominał i co, ważne by dobrze.
Jak przy odświeżaniu wspomnień będzie pojawiał się u niego uśmiech na twarzy to jest to dla nas ogromny sukces.
A teraz 
Chwilo trwaj..

























  



Tutaj babcia przechodziła kurs fotograficzny, jak widać szybko się uczy. Nie zdążyłam mrugnąć powieką, a ona wypstrykała już 3 foty.






Tutaj nawet dostałam rozkaz ustawienia się przy krzaku, żeby wszystkie nie były takie same. Moja zdolniacha!








czwartek, 6 sierpnia 2015

Bez palnu na życie


W każdym dniu widzę jak moje dziecko się zmienia.
Twarz mu powoli łapie rysów przedszkolaka.
Zdania coraz bardziej składne i końca niemające.
Język coraz bardziej ostry.
Charakter coraz mocniej przypominający zachowania Tomka.
A i niech diabli wezmą, bo sprawiedliwości na tym świecie to już w niczym nie ma.
Nawet materiał genetyczny jest przekazywany dziecku nie po połowie.
I syn mój tak sobie wyrasta na typ faceta, z którym nie da się nudzić.
Zawsze coś palnie lub zrobi w najmniej stosowanym momencie.
Życie rodzice po tym jak dziecko opanowuje całe zdania zaczyna być bardziej stresujące.
W każdym bądź razie ja też wyginam umysł i ciało tak bym była takim samym typem matki.
Jak mamy tylko wolną chwilę wsiadam na rower z synem i ruszamy przed siebie.
Łapiemy to, co się da i ile się da z wspólnej małej codzienności.
Nie ma czasem, co czekać na sytuacje i emocje, które porażą nas z ilości wynikającej radości.
Tyle przecież jest zajebistości we wszystkim wokół nas.
Nie ma na co się oglądać, nic nie da Ci tyle energii i zapału do życia, co drugi człowiek.
Czasem mam takie momenty, że zatrzymuję się na chwilę by złapać to szczęście, które wyrzuca w moją stronę rodzina.
Ta rodzinka mała, którą ja stworzyłam i ta rodzina wokół mnie do której ja należę.
Ostatnio w rozmowie z jedną panią na tematy ot takie, które nam do głowy wpadały usłyszałam słowa. które na pewno schowam głęboko w sercu.
Kobieta ta miała mamę w wieku 72 lat, która to żegnała się z życiem i zapytała ją "mamo 72 lata to dużo czy mało"? A mama "dziecko to tyle co otwarcie i zamknięcie drzwi".
Mądrości w tych paru słowach pełen wór.
Zagubimy się czasem w zwykłych obowiązkach i czasem z braku siły ale i chęci rezygnujemy z najcenniejszej rzeczy czyli z czasu, który nam ulatuje jak piasek z klepsydry, która już została przewrócona w drugą stronę od pierwszego naszego oddechu.
Wydaje nam się, że jeszcze zdążymy być dobrym synem, matką czy żoną.
Ale nie od dzisiaj, bo dzisiaj to mamy gorszy dzień.
Się zmienię jeszcze będę mieć czas dla dzieci czy rodzica.
I oby tak było.
Ale trzeba się starać, by nie robić nic połowicznie.
Szkoda czasu, by wiecznie do czegoś wracać i coś poprawiać. 
Jesteśmy bombardowani zewsząd informacjami jak to nie efektywnie zarządzać najlepiej swoim czasem.
Ale planu na życie nie da się ułożyć punkt po punkcie.
A i dobrze.
Bo ubodzy byśmy byli o wiele emocji i znajomości.
Jak masz chwilę wolnego to nie rozsiadaj się przed szklanym ekranem.
Złap dziecko za rękę i bądź matką/ojcem albo jedź do babci może coś Ci babcia powie do ucha, co Ci pomoże potem w życiu, a dziecko Twoje wspomni za lat kilkanaście, że chciałoby wrócić do dzieciństwa, bo pamięta jak dmuchałaś/eś na zdarte kolano i przed oczami ma obraz jak biegło za wróblem a mama/tata za nim i nikt się wtedy nie zastanawiał, że to głupie i bez sensu było.