niedziela, 10 maja 2015

Awans

Dawno, dawno temu jak jeszcze byłam piękna, młoda, zgrabna i powabna.
Mój status częściej niż rzadziej na czole wyświetlał informację "singielka".
A, że były to czasy gdzie przekonania moje były mocno zbliżone do ruchu radykalnych feministek to nie przystawało mi tym samym pozostawać uwikłana w związki damsko-męskie z opiewającym okresem długoterminowym.
Groziło to ZAangazowaniem, ZAkochaniem czy w najgorszym wypadku ZAmażpójściem.
Co to, to nie, bo przecież do 30-tki to białej kiecy miałam nie zakładać, nie grzebać w garach i nie pozbywać się luksusu spania w poprzek łóżka.
No i rozum to ja miałam ale serce chociaż solidnie przywiązane aortami i innymi żyłami to i tak czmychnęło.
Tym samym perfidnie oszukałam siebie o jakieś 7 lat i zdradziłam moje zasady, którym pozostawałam tak wierna.
Mąż mój wyrwał mnie z błogiego snu pełnego sielankowego życia.
Chociaż tak dłużej myśląc to wybierając akurat mnie za żonę chyba był na niezłym rauszu. Nie wiem czy na trzeźwo można się decydować na spędzenie dalszego życia u boku kobiety, której wiedza kulinarna ograniczała się do tego, iż wiedziałam, że woda wrze w 100 stopniach i tyle jej trzeba by upragnioną kawę zaparzyć. 
Poza tym wcześniej np upieczenie jakiegokolwiek ciasta było dla mnie osiągnięciem porównywalnym do odkrycia polonu i radu przez M. Skłodowską-Curie.
Wyższa magia.
Czy jeszcze coś wiedziałam?
Hmm NIE.
Zero, totalny głupek ze mnie był.
Kuchenne czynności nie uznawałam i nie wykonywałam.
Robiłam za to tą część męską, typu koszenie trawy, mycie auta, gdzieś tam taczką pojeździłam, deskę pomalowałam.
W każdym bądź razie kucharka ze mnie była taka jaka diwa hollywoodzka.
I tak chciał nie chciał w końcu przyszedł pierwszy weekend po ślubie od której wszystko się zaczęło. Miałam żyć miłością i powietrzem.
Ale heaven miałam przed oczami.
Musiałam coś ugotować.
Oczywiście padło na rosół.
Obdzwoniłam mamę i zaczęłam wizualizacje mojej czynności i za chusteczkę nie mogłam sobie wyobrazić, że jak w gar wrzucę kurę, kranówą zaleje i trochę warzyw dorzucę to, to żółte będzie i miano rosołu przybierze.
O dziwo wyszło.
Od tego momentu mąż mój uważa, że rosół to od kogo jak od kogo ale od żonki najlepszy.
Początki  były oporne nie raz fileta opanierowałałam, usmażyłam a potem wyszło, że jednak nie ubiłam.
Ale sorry pewne oczywiste oczywistości w krew mi nie weszło za młodu.
Leciały dni, miesiące i tak obiad do obiadu  moje doświadczenie diametralnie się powiększało. Chyba niczego się tak w życiu wiele sama nie nauczyłam i to bez motywu materialnego.
Obecnie komplementy jakimi mój mąż mnie obsypuje są wtedy gdy obiad podaję do stołu i pada w tym czasie w moją stronę "ależ ty się kobieto wyrobiłaś".
Takie to mam ponętne komplementy po 5 latach małżeństwa.
Czyż nie słodko?
Obecnie duma mnie rozsadza, bo dużo rzeczy umiem wepchnąć w słoik, ciasta ogarniam w stopniu poprawnym.
Przepisy moich pewniaków zapisane mam na twardym dysku w pamięci i odtwarzam w nocy o północy.
Jak analizuje pewne moje zachowania chociażby w sklepie mięsnym, gdzie sprzedawczyni opisuję jaki schab chce dostać i ta moja konwersacja z tą miłą panią trwa dużej niż u fryzjerki, której tłumaczę z czym chce wyjść na głowie.
I jak jeszcze jak do tego dorzucę sytuację, że jak wstaję z rana i patrzę na słońce to już nie myślę, że fajnie, bo tyłek biały przysmażę tylko, że jak sobie ciasto drożdżowe ugniotę i za szybę wystawie to ono mi nie w dwie godziny ale pół urośnie.
I po takich akcjach mogę siebie nazwać kurą domową ale nie zwykłą ale rasową kurą domową.

Post ten nie będzie widniał w nieskończoność na moim blogu, ponieważ gdy zaobserwuje czas, iż zbliża się synowa.
Wykasuje.
Przepadnie na zawsze gdyż nie może wyjść, że taka to zdolna od początku nie byłam.
Zrozumie każda ta, co syna ma. :)



                                                  


                                               








piątek, 17 kwietnia 2015

By i "wielbłąd" w życiu cieszył.

Rodzimy się dla tego świata i początkowe lata naszego życia przejmują nasi rodzice.
To oni w pełni dbają o nas, chronią nas, przelewają swoją miłość najlepiej jak sami umieją.
Robią milion drobnych rzeczy tych codziennych rutynowych i tych istotnych, które kształtują nas w życiu dorosłym.
Ale dzieciństwo kiedyś się kończy.
Rodzice ten krótki sznur z każdym dniem popuszczają coraz więcej i więcej.
Aż w końcu dochodzimy do momentu, kiedy sami stajemy się w pełni decyzyjni i bierzemy cała odpowiedzialność za swoje życie.
Poszukujemy swojej drogi, która ma się okazać tą właściwą. 
Ale nie zawsze od razu tak się staje.
Czasem zawracamy na tej drodze i wybieramy inną, bo co się okazuje ta najbardziej prosta nie musi być tą którą warto iść przez swoje jedyne życie. 
Wydaje się mi, że podobnie jest w życiu. 
Trzeba czasem doświadczyć wielu skrajnych emocji i uczuć, by poczuć naprawdę sens istnienia. 
To wszystko nas niesamowicie kształtuje. 
W całej tej ziemskiej podróży podstawą są moim zdaniem marzenia. 
Trzeba codziennie robić małe kroki, które przybliżają nas do uczucia ich spełnienia. 
Musimy wiedzieć jak to jest.
Znać smak spełnienia. 
Bardzo dobrze jest mieć osobę, która w nas wierzy i będzie pchać nas ciągle do przodu i do przodu.  Niech to będzie ktokolwiek partner, przyjaciel, mama, siostra, córka czy dziadek.
Ktoś kto powie, że nie bój się, bo ty dasz radę.
Pamiętam jak podczas podróży poślubnej, która była erę temu, jednym z naszych dni spędzonych na Teneryfie był Siam Park.
Dużo szaleńczych atrakcji wodnych.
Była tam jedna zjeżdżalnia wodna Tower of Power, wys. 28 m. 
Szła w zabójczym pionie. 
Została tylko ona do zaliczenia.
Chociaż pociągała mnie jazda na niej do granic szaleństwa. 
Nie byłam w stanie się przełamać, żeby zjechać. 
Widziałam jak zjeżdżam, wypadam z torów i się zabijam o płytki. 
I tyle z mojego pożycia małżeńskiego. 
A, że dosyć nietypowo jak na podróż poślubna spędziłam ją z mężem, to on zrobił tam niezwykła robotę. 
Dał mi kopa motywacji, powtarzając mi, że dam radę i jak tego nie zrobię to będę miała w sobie gorycz i poczucie niespełnienia jak wyjadę.
Oczywiście była to prawda, bo pewnie zawsze myślałam, że tej kropki nad i tam brakuje.
I zaryzykowałam tylko dlatego, że mąż we mnie uwierzył.
Szłam potem po tych schodkach mijając osoby, które zawracały gdy dochodziły na samą górę.
Gdy nadszedł mój moment przy głosie ratownika dolatywały niebiańskie anioły i przy śpiewie " niebiański orszak niech Twą dusze przyjmie" poszłam. 
Uczucie jakie towarzyszyło mi po spełnionej frajdzie było jednym z piękniejszych. Nie oczekiwałam takiej dużej dawki wspaniałych emocji po czynie odwagi. 
Pewnie jakby nie Tomek w życiu bym się nie zdecydowała. 
Być może planował mnie wtedy zabić ale tym razem nie wyszło. 
Ważne jest, by ryzykować i by przeżywać. Od małych spraw po duże cele jaki zakładamy sobie, że chcemy zrealizować.
Strach ma różne oblicza.
Ja zawsze patrzę, że jak nawet nie wyjdzie, a będę w to wkładała całą siebie i serce moje to ile ja się przy tym nauczę.
Gdzie taką lekcje miałabym możliwość odrobić?
Trzeba w życiu iść ciągle do przodu i do przodu, bo drzwi nam się powoli zamykają, a tu ze wszystkim musimy zdążyć. 
Poszukujemy ciągle szczęścia i spełnienia. 
Czasem się wydaje nam, że leży on w lepszym samochodzie, wypasionym zegarku, nowej sukience czy innej rzeczy materialnej.
Że sąsiad to ma lepiej, bo kasa rośnie mu na trawniku. 
Że kuzyn to jakby w czepku urodzony, bo on to żadnych problemów nie ma. 
I, że tej Kaśce z podstawówki, to choć taka głupia i brzydka była to w miłości lepiej jej się poszczęściło, bo tyle już mężatką a ciągle tacy zakochani, a i on taki przystojny.
No i, że cellulit, to się uczepił mnie jak chyba u żadnej innej kobiety.
Często widzimy tylko małą cząstkę wszystkiego, zmieniając smak życia naszego na gorzkawy. 
Pisze o tym, bo kiedyś przeczytałam jedną opowieść o pustelniku bardzo szczęśliwym, który to uwielbiał siebie i swoje życie. 
Miał tylko jednego wielbłąda.
Codziennie zasiadał pod drzewem gdzie śpiewał wesołe piosenki i tak upływało mu życie.
Niedaleko mieszkał król w swoim dostojnym pałacu opiewającym w bogactwo.
Ale bardzo nieszczęśliwy i smutny.
Nakazał on swoim sługom przyprowadzić najszczęśliwszego człowieka jakiego spotkają. 
Oczywiście padło na wędrowca.
Ten zgodził się na wizytację u króla.
Podczas spotkania ten zapytał się pustelnika jak on to robi, że jest taki szczęśliwy. 
Ten mu na to, że nie wie. 
Po prostu takim jest człowiekiem. 
Natomiast po opuszczeniu pięknego pałacu nie był już tym samym szczęśliwym człowiekiem. Marzył o bogactwach i zazdrościł majątku królowi. 
Przywołuje tę opowieść, bo o niej zawsze w życiu pamiętam. 
My czasami się trochę gubimy w tym wszystkim. 
Zazdrościmy innym wielu rzeczy. 
Jesteśmy smutni z braku posiadania pewnych rzeczy czy stanu. 
A zapominamy o tym jak wiele mamy. 
Wszystko ma swój czas.
Nie można iść przez życie wiecznie się do kogoś porównując, bo jesteśmy jedyni. 
Kochajmy i traktujmy nasze życie jako odrębność. 
Jesteśmy mu to winni, bo ono nie ma nikogo oprócz nas, a z czasem się nam za to odpłaci.


                                   

sobota, 21 marca 2015

600 dni

Dokładnie 600 dni (1 rok, 7 miesięcy i 23 dni).
Dzień w dzień tyle dokładnie karmiłam moją własną osobistyczną piersią syna mojego.
Myślę, że jakby dobrze przeliczyć to uzbierałaby się tego cała cysterna mleka.
Duma mnie rozpiera, że dałam radę tak długo, bo walczyłam o to tak mocno jak o parę chyba tylko rzeczy w moim życiu.
Pamiętam jak dzisiaj gdy Marcel pierwszy raz został przyłożony do piersi i położna stwierdziła, że tu chyba nic nie będzie z tego karmienia, bo mały nie ma odruchu ssania itp.
Nie wierzyłam, bo nie dopuszczałam takiej myśli nawet do siebie.
W duchu mówiłam " zjeżdżaj już ode mnie i od mojego dziecka głupia babo".
Przyszła noc.
Marcel leżał razem ze mną a ja powoli, powoli zaczęłam go przykładać do piersi.
Odstawiał ją i znowu łapał i tak całą noc.
A, że byłam po cesarce i nie mogłam syna sobie przerzucić na drugi bok to ciągnął tylko z jednego cyca.
Przekonałam się, że czego jak czego ale odruchu ssania to na pewno synowi nie brakuje.
Zawitał poranek.
Przyszła inna położna, która podtrzymała już mnie na duchu tak jak kolejna i kolejna.
Oczywiście z zupełnie inną opinią.
Moje anioły szpitalne.
Po czym jak spojrzałam do czego doprowadziło ciągłe nocne ssanie, byłam w lekkim szoku.
Jeden wielki siny siniak.
Ból przyszedł niebawem.
I tak z krwawiącymi i zaropiałymi cycami, potem pełnymi ran i strupów karmiłam dalej. Ból był tak silny, że jak Marcel ciągnął cyca wgryzałam się w swoją skórę i łzy mi ciekły strumieniami.
Porównać wtedy to można było do wbijania miliona szpilek przy każdym pociągnięciu.
Brrr.
Modliłam się, żeby wreszcie to wszystko się unormowało i zagoiło.
I się goiło i normowało, a z każdym dniem było coraz lepiej.
Zaczęłam odczuwać z tego ogromną radość i zadowolenie.
Codziennie patrzyłam na małego jak rośnie mi przy tej piersi, jak zaczyna powoli kłaść rękę na drugim cycu.
Jak się rozwija i jak robi kolejne etapy w swoim niemowlęcym okresie.
Potem jak jego nóżki sięgały coraz dalej i dalej,
Jak z takiego pomarszczonego i skulonego dzidziusia wyrasta mi taki duży i wiercący się bydlaczek.
Więź, która się między nami wywiązała przez kawał życia małego jest nieoceniona.
I emocje nie do przeżycia w każdy inny sposób.
Wiem ile mi to wszystko dało, ile razy mnie cyc uratował przy kolkach, przy ząbkowaniu czy innych awaryjnych sytuacjach.
Nie wspominając już o bezcennej odporności, którą przez cały ten czas nabył.
Ile mieliśmy sytuacji gdzie z Tomkiem zakatarzeni chodziliśmy a młodego zupełnie nic nie brało.
Wiem, że na ogólne zdrowie w dorosłym życiu wpływa wiele aspektów i czynników ale mam nadzieję, że chociaż malutkim promilem przyczyniłam się do tego, żeby w przyszłości był silniejszym i zdrowszym facetem.
Jeżeli byłaby cena za taką możliwość karmienia oddałabym każdy mój grosz z ostatnich oszczędności.
Przez cały ten czas bardzo kierowałam się intuicją oraz potrzebami syna.
Wiedziałam i czułam, że wcześniejsze zakończenie karmienia nie jest jeszcze dla syna dobrą decyzją.
Ta radość i ten uśmiech jak mógł trochę zaznać mojej bliskości była tak mocno widoczna gołym okiem.
Widziałam jak dużo mu to daje.
Zakończyliśmy karmienie bardzo, bardzo powoli i wydaje mi się w odpowiednim momencie. Wszystko poszło gładko.
Pewnie przez tak długie karmienie nie raz i nie tylko przez jedną osobę uzyskałam opinie "stukniętej idiotki". Ale chrzanię i chrzaniłam zawsze to wszystko równo.
Taki wynik bez wątpienia zawdzięczam mojemu Tomkowi, który był dla mnie dużym wsparciem i przyjmował na siebie wszystkie te pierony, które puszczałam do niego z bezradności.
Pewnie jakby nie podobne podejście w tej sprawie do mojego albo zupełna obojętność wynik nie byłby tak imponujący.
Bardzo sentymentalne będę wspominać ten etap naszej wspólnej drogi mlecznej.
Tym bardziej, że wiążą się z tym zabawne historie* tylko dlatego, że syn mój był bardzo wielkim cycomaniakiem (sam kiedyś wołał "cycomania", chociaż nigdy ja ani mój mąż nie używaliśmy takiego określenia ale chyba wyssał to z mlekiem matki).
Nie mogę zaprzeczyć, że jest mi trochę smutno, bo nadszedł kres pięknego okresu, który już nie wróci.
Trochę czuję się jakby mi przestał funkcjonować jakiś narząd, jakbym utraciła coś niezbędnego do prawidłowego życia. Ale utwierdziłam się w tym, że nasz organizm jest niesamowitym cudem, którego nie dało się idealniej stworzyć.
Dzisiaj jestem zadowolona, że mogłam przeżyć ten aspekt dla mnie bardzo ważny w macierzyństwie, który chciałam dziecku zaoferować.
Jestem szczęśliwą i zadowoloną z każdego z tych sześciuset dni.



* I historia. Rzucałam ją na fb ale dla przypomnienia.
Syn z rana wstaje. Po czym zadaję standardowe pytanie.
- synu wyspałeś się dzisiaj ?
- nieee
- a śniło się Tobie coś ?
- ciciory !

II historia
Mamy etap odstawiania cyca. Jest noc, usypiam młodego, który leży sobie i gada sam do siebie.
- Cycy be, cycy be, cycy be ...... (chwila zastanowienia)........ eeeee tam! 

III historia
Marcel przynosi mi klocki i w złości mówi:
- Buduj! 
- Marcel ale co mam Ci zbudować?
- cycora

Dla wyjaśnienia nie podołałam. 




niedziela, 15 marca 2015

Chłopięcy punkt widzenia

Do 23 roku życia w ścisły skład mojej najbliższej rodziny wliczały się poza moimi rodzicielami dwie o zupełnie skrajnej osobowości siostry.
I tak całe moje życie upływało wokół babskich spraw, koronkowych majtek i całego tego kobiecego zgiełku.
To też do momentu kiedy nie wiedziałam czy w ciąży jestem z córa czy synem, te dwie odmienne perspektywy były dla mnie tak samo pełne fascynacji i entuzjastycznego podejścia.
Wiedziałam, że jak będzie dziewczynka to się odnajdę, bo to tak w skrócie pisząc mój świat. Natomiast, jeśli chłopiec to również będzie dużo fajności, bo chociażby kolejnego siusiaka każdy u nas w rodzinie z niecierpliwością wypatrywał jak bożonarodzeniowej gwiazdki, ponieważ bab u nas w familii jak mrówków.
I przyszedł taki moment, kiedy leżąc na kozetce lekarz mój oznajmił mi, że będzie to SYN. 
Przed oczami wtedy miałam już obraz jak mąż mój ze szczęścia się miękki robi jak żółciutka kaczucha.
Odegrałam głośne fanfary, bo stwierdziłam, że sobie trochę teraz innego powietrza w życiu złapę.
No i łapałam przez pierwsze miesiące siki, które tryskały w każdą stronę, a w szczególności w moje wpatrzone w dziecię oczęta. 
Jak już załapałam pewne rzeczy i trochę cwańsza byłam otworzyły się mi w życiu dzięki mojemu synowi nowe horyzonty. Zapewne otwierać będą się ciągle to inne ale na razie mogę patrzeć na wszystko z perspektywy 20 miesięcy.
Dużo się nauczyłam, np słów typu które słyszę jak się chłopaki bawią typu "Ooo wykiprowało".  Dotychczas znałam podobne w swoim slangu kobiecym typu "Ooo cuva znowu wykipiało".

Dostrzegam różnicę, czyli wiem, że to koparka, a to spycharka.
Poza tym manualnie też jakby sprawniejsza jestem. Serwis każdego pojazdu z zamkniętymi oczami zrobię.
I tak duma z siebie samej jestem, że tu ciągnik naprawie, że silnik doczepię, burtę przymocuje.
Pojazdy w końcu są dla Marcysia bardzo bliskie sercu.
Pomijając fakt, że w aucie mógłby zamieszkać tak uwielbia jak mu się tyłek wozi samochodem.
Idąc z nim na spacerze tak entuzjastycznie wykrzykuje: " betoniarka, dzip, kajetka", jakbyśmy mieszkali na Antarktydzie, a sama częstotliwość zobaczenia takich pojazdów graniczyła z cudem.
Zresztą w ogromnej ilości walają się u nas po domu, że przemieszczam się balansując tak między pokojami jeżdżąc na tych czterokołowych, dziwnie kształciastych wrotkach. 

Jak dzień dobiega końca i Marcel już sobie śpi, to patrzę ja tak sobie na te zestawione malutkie autka równo ustawione jeden obok drugiego, które to dziecię moja ustawia komentując " nie tu" " uwaga" , " jeden, trzsi, siejść". Bardzo mnie to mocno zawsze rozczula.
Cały ten świat chłopięcych zabawek.
I te kapcie małe w wóz strażacki, które co wieczór do pary równo odkładam.
I slipki w spidermana i młotek pod łóżkiem.
I kask budowlany na miśku.
Cała ta codzienność wykreowany w malutkiej główce mojego syna.
Wiem, że kiedyś przyjdzie taki moment w którym zabawki się młodszym w rodzinnie pooddaje.
I już tych autek będzie w domu coraz mniej i mniej.
Ale sobie zachowam tego dzipa chociaż jednego, obskubanego i obitego, żeby mi przypominał te chwile wszystkie w których autka poupychane wszędzie odnajdywałam i te wspólne zabawy w których udział brałam.

Patrzę ja tak sobie często na tego łobuza w blond rozczochranej czuprynce i zastanawiam się jakim facetem on w przyszłości będzie.
Jako matka, chciałabym żeby odpowiedzialny był i wartość swoją znał.
Żeby sprytu mu nie brakowało i nikomu świadomie krzywdy nie zrobił.
By odważny był i o rodzinę swoją dbał.
Narobić się w życiu nie bał i przeprosić potrafił tam gdzie zawinił.
By wiara w nim nie gasła i silniejszy z każdego upadku wychodził.
Do marzeń swoich wytrwale dążył, chociażby absurdalne były i inni się z nich w głowę pukali.
I zawsze sobą pozostawał, nikogo nie udawał.
Ale nie mam ja sposobu żadnego na wychowanie.
Nie kieruje się żadną metodą.
Nie jest mi bliska żadna teoria wychowawcza ani przekonania żadnego poważanego w środowisku psychologa dziecięcego.
Wierzę w moją i męża miłość do dziecka i naszą intuicję.
Do niczego innego nie mam przekonania.  Nie wiem czy to wystarczy. Nie będę mu moich oczekiwań powtarzała codziennie, bo to nic nie da, a i za proste by było. Będę kochała i tak z mężem wychowywała, żeby pewne postawy same dla niego oczywiste były, wypływały ot tak po prostu z niego samego. Tak naturalnie, bez przymusu, bez wątpliwości o słuszność w działaniu.
Ale nie! Jedno przez życie powtarzać mu będę - "Że kim byś synu nie był, gdzie byś nie mieszkał i co byś nie robił to masz być zawsze szczęśliwy"! Zawsze!









niedziela, 1 marca 2015

On

Pamiętam jak dziś, dzień w którym spotkałam mojego męża. 
Cały czas wtedy jakiś głos wewnątrz mnie podpowiadał mi, że znajomość ta przerodzi się w coś większego. 
A, że zodiakalną rybą jestem to moja intuicja się i tym razem nie myliła.
I tak po ponad 7 latach siedzę z komórka w ręku parę minut przed północą i stukam posta o właśnie tym chłopaku w jeansach i mocno niebieskich oczach.
Przez wszystkie te lata, chociaż przecież to ciągle mała cyfra, przeszliśmy razem przez bardzo wiele.
Ale zawsze było i jest to "razem". 
Nigdy mąż mój nie dał mi odczuć, że jestem z czymś zostawiona sama sobie.
W każdym dniu nadal czuję, że mogę zawsze na niego liczyć.
Zawsze mnie ciągnie blisko siebie.
Zawsze mobilizuje. Nie raz przekładał moje sprawy ponad swoje. 
Choć charakter ma ciężki jak kilku tonowa dupa słonia to i tak do się go kochać.
Wzbudza we mnie emocje od pełnego rozczulenia do szczytu frustracji.
Ogólnie to, kto nie włożył chociaż minimalnego wysiłku, by go lepiej poznać nigdy nie będzie wiedział jaki jest naprawdę. Trochę zamknięty w kokonie, bardzo ostrożnie wpuszcza sobie do niego osoby, które spotkał na swojej drodze. 
Zawsze oszczędny w słowach.
Z wyrysowanym wiecznym fochem na twarzy nie miewa czasem łatwo. 
Na domiar tego okraszone to wszystko angielskim poczuciem humoru, który nie każdy lubi czy rozumie.
Totalny fanatyk lego technic, czasem zastanawiam się, czy nie dlatego spłodził właśnie syna.
Nie każdy wie, ale mąż mój ma również nieślubne dziecko.
Jego miłość zaszczepiona w latach szczeniackich.
Rower.
Tylko jak nie ma obecnie kontuzji i czas na to pozwala, to zakłada te swoje majtki na gąbce i jedzie w siną dal.
No i oczywiści mecze.
Moje utrapienie, jego zbawienie.
U niego czarne jest czarnym, a białe białym. 
Nie ma szarości. 
Ma bardzo proste i przejrzyste zasady w życiu. 
Pamiętliwy (niestety) do bólu. 
Zawsze gardzi wazeliniarstwem, kłamstwem i dwulicowością.
Prawdziwy i szczery w każdym calu.
Nigdy nie udawał, kogoś kim naprawę nie jest, chociaż czasem jak każdemu w życiu w czymś mogłoby to mu pomóc. 
Konkretny i konsekwentny, mega skrupulatny. Perfekcjonizm to jego drugie imię. Nie ma miejsca u niego na fuszerkę czy improwizację. Wszystko musi być dopięte i dopieszczone.
Z drugiej strony to osoba dla której czas jakby nie istnieje. Ciągle bez zegarka na ręku. 
Posiada czasem mocno odbiegające poczucie, która to godzina może aktualnie być.
Nie raz o to wybuchałam jak aktywny gejzer, bo zawsze przez to albo ostatni albo wiecznie spóźnieni.
Ale przecież można mu wtedy prawić, on i tak dalej wszystko ze swoim opanowaniem i stoickim spokojem dalej robi w tempie jakim zaczął. A mnie szarpie od środka. Jak ja kocham to uczucie, takie ekspresyjne . 
Zawsze byłam marną romantyczką. Nie wyobrażałam sobie księcia na białym rumaku, nie żyłam w złudnych kolorowych obrazkach jak będzie wyglądał mój związek. Nie opieramy się na jakimś wzorcu, sami uczymy się naszego uczucia i siebie wzajemnie.
Przez, co możne tak łatwo nam odgonić ciemne chmury, które czasem i nad nami się pojawiają, bo nie jesteśmy sfrustrowani, że nie ma tak jak sobie wymarzyliśmy. Ciągle tak samo mocno nam zależy, żeby zawsze przegadać problem.
Ciągle tak samo mocno zaangażowani w zbudowanie miejsca gdzie oboje chcemy zawsze wracać z poczuciem odnalezienia ciepła i wyrozumiałości. 
Mogłoby się wydawać, że zimnego faceta sobie na męża wzięłam. Ale tak naprawdę w środku jest strasznie ciepłym i mega rodzinnym facetem. Bez słów rozumieją się z synem w swoim chłopięco-męskim świecie. Gdy patrzę jak bawi się z nim, a on wtedy, aż piszczy z zachwytu to serce mi ściska się wtedy mocno. 
Takie obrazy w mojej pamięci są najcenniejsze. 
Jak patrzę na niego ciemną,  późną nocą jak oczy jego są pełne obawy i strachu gdy dziecko chore w łóżeczku leży.
To widzę jak syn dla niego to największy skarb i najwspanialszy cud.

Kocha zawsze całym sobą. I tak jak potrafi najlepiej. A potrafi tak pięknie, że serce zawsze mamy z synem ciepłe. 

Dzisiaj mąż ma mój urodziny. Z tej okazji mężu mój 100 lat Ci życzę w zdrowiu i w szczęściu przy boku moim, a niech będzie moja krzywda :) 





piątek, 20 lutego 2015

Życie towarzyskie

Przychodzi taki moment w życiu małego ancymona, że cyc i kieca mamy to stanowczo za mało. 
Tak też synowi mojemu przestrzeń życia osobistego poszerza się i rozciąga dosyć zamaszyście na wschód i zachód, północ i południe.
Do swojej nie innej jak otwartej na oścież przestrzeń jest gotów zaprosić każdego. 

Warunkiem jest posiadanie wypasionej chociaż jednej zabawki, wykrzywienie skóry na twarzy w sposób najbardziej pokazowy, czy być aktualnie w posiadaniu chociaż grama "cukiera".

Jeżeli spełnia się chociaż jeden z trzech warunków dziecko uznaję za sprzedane. 

W tak niedalekiej odległości od mojego rodzinnego gniazda znalazła się druga taka matka, która to również dziecię swoje postanowiła uspołeczniać. I tak syna swojego, jedynego i kochanego zaryzykowała i w towarzystwo mojego popchała. 

W praktyce to wygląda bardzo prosto albo ja zabieram syna pod pachę i robimy rozpierduchę u kolegi albo wersja bardziej bolesna. Oni robią taką samą rozpierduchę u nas. 

Chłopcy w swej zabawie kierują się bardzo jasnymi i przejrzystymi zasadami wspólnego obcowania. Oczywiście bez zastrzeżeń działa to w dwóch kierunkach.

Zasada 1

Przychodzisz do mnie to pamiętaj, moje zabawki i moje królestwo. Pełny respekt do Mojego terytorium i do Moich zasad rządzenia. 

Zasada 2

Jeżeli ja się bawię jedną zabawką a Ciebie najdzie ochota na dokładnie tą samą zabawkę to przynajmniej minimalnie o nią powalcz. Nie oddawaj bez walki. Przyda Ci się to w bestialskim dorosłym życiu, gdzie o swoje trzeba walczyć, inaczej Cię rozkradną i wyszarpią, co jeszcze pozostało.

Zasada 3 

Co Twoje to i moje, a co moje to już nie Twoje. Znajomość tej zasady będzie dla Ciebie fundamentem do przetrwania w małżeństwie z żoną. Oczywiście jak się domyślasz mowa tu o Twojej forsie. Kobiety podobno tak mają ty sponsorujesz dom i dzieci, a żona sponsoruje swoje "waciki".

Zasada 4

Jeśli masz coś do mnie strzelmy sobie wzajemnie po razie i po sprawie. Po co analizować, dyskutować, tak przecież krócej i po męsku.

Zasada 5

Jeżeli najdzie mnie ochota na pocałowanie Twojej mamy. Nie patrz się krzywo i nie stawiaj oporu. Zrozum chłopie ciągle tylko jedna kobieta i ciągle mama. (Wyjątki imprezy rodzinne)

Zasada 6

Jeżeli usłyszysz w wypowiadanym zdaniu nowinki językowe jak np "cholera" szybko wyłapuj. Dwa razy powtarzać nie będę, bo mnie z domu wyeksmitują a jak na razie do roboty mi nie spieszno.

Zasada 7   

Jeżeli zaczynają mi się ataki złości nie traktuj mnie jak furiata. Mamie się wydaje, że oddaje mnie tacie na wyciszenie, a ja po prostu jestem ciekawy do której rundy tata już doszedł lub jaki jest wynik meczu.

Zasada 8

Nie trać wiary w to, co wspólnie robimy. Tak jak Ci wcześniej mówiłem materac na łóżku rodziców na pewno ma wbudowaną trampolinę. Po prostu ciągle widocznie nie skaczemy tam gdzie się ona wysuwa.  

Zasada 9.

Na wadzę przybieramy równo. Nie będę nosił przez wieś ze sobą jeszcze paczki pampersów.

Zasada 10

Jeżeli mamy nam wymyślą jakąś zabawę nie bawimy się w nią dużej niż 10 min. One będą zadowolone, bo pomyślą, że są kreatywne i nie wieje od nich nuda a my unikniemy w ten sposób dodatkowych problemów.

Zasada 11

Jeżeli rodzicielki nasze uparły się, co do czytania nam książek nie stawiajmy oporu. Dobrze wiemy, że lecą z pamięci ale jak zapomną alfabetu to kto nam wypracowania będzie w szkole pisał. A lecąc na znajomości lektur przez tatuśków naszych to nawet z przedszkola nie wyjdziemy.

Zasada 12

Jeżeli usłyszysz słowo "pa pa". Nie buntuj się, po prostu czuję, że opadam z sił a przed nami jeszcze noc. Zakład kto da dłużej popalić rodzicom w tym miesiącu jeszcze się nie skończył, a ja czuję w powietrzu moje zwycięstwo. 

Zasada 13

Jeżeli po spotkaniu odnajdziesz na swoim ciele nowe rany nie czuj urazy. Pamiętaj to zawsze będzie symbolem wśród kobiet męskość, siły i bohaterstwa. Czyli wszystkie laski NASZEEE!


Rola mamusiek w porównaniu do zasad naszych synów jest mocno prymitywna. Ogranicza się tylko do zapewnienia prowiantu, zadbaniu o sprawy organizacyjne i dopinanie kalendarza spotkań naszych synów.
Natomiast wiara  w sens tego, co robimy jest na prawdę wielka.

Wiele nie oczekujemy.
Chcemy tylko z wypiętą piersią odbierać synów, gdy stópki tych małych obywatelów przekroczą próg publicznej placówki dla małych tyranków. A nie zza krzaków wywoływać imię syna z litością czekając jak panie przedszkolanki spuszczą nam go z okna, unikając tym samym jadowitego spojrzenia opiekunek oraz bezpośredniej konfrontacji z nimi i przyjmowania reprymendy za zrujnowanie życia psychicznego.

Panie Boże ustrzeż Nas

sobota, 7 lutego 2015

dzień powszedni

Wstaje słońce. 
Zaczyna się nowy dzień a wraz z nim kolejna próba przetrwania z szalejącym od 19 miesięcy tajfunem. 
Żywioł ten nieustannie przybiera na sile, jego zasięg ciągle rośnie a kierunek jego destrukcyjnych poczynań jest ciężki do określenia.
Nad ranem powoli pojawiają się pierwsze symptomy prognozujące pobudkę małego cyklonu. Pierwszy symptom to zmiana pozycji z bliżej nieokreślonej do leżenia na brzuchu i pnąca się ku niebiosom maleńka dupka.
Dziecko wstaje.
I tylko jak gałki swe otworzy zaczyna dzień od wiercenia swoich maciupeńkich paluszków w naszych zamkniętych oczodołach. 
Ot tak chyba z troski, co by sprawdzić czy po nocy nam oczy nie wchłonęły się do mózgu.
Kiedy okazuje się, że w tej materii nic się nie zmieniło pobudza dalej nasze narządy wewnętrzne przez energiczne i szybkie skoki. 
Z dużym naciskiem na jamę brzuszna, no bo przecież zaraz śniadanie a metabolizm od początku dnia musi być prawidłowy. 
Wtedy to jeszcze z mężem swoim walczę o chociaż 5 min na wciągnięcie "żółtka". 
Przez ten czas pod kołdrę zaczynają nam wjeżdżać ciężarówki, pociągi i inne samochody wyścigowe. W momencie kiedy nalot zaczynają robić krowy z farmy.
Wstaję. 
Sadzam królewicza na tron i ogarniam ciuchy robocze, bo pracy nas czeka co nie miara.
Ja w tym czasie ogarniam siebie i gdy nadchodzi moment spojrzenia sobie w lustro zawsze w głowie siedzi mi tylko jeden tekst - " codziennie rano budzę się coraz piękniejsza ale dzisiaj to już k-wa sama przesadziłam".
Potem nadchodzi moment teoretycznej współpracy matki z synem.
Ubieranie.
Chociaż syn mój najlepiej czułby się oczywiście w stroju pierwotnych ludzi ale podłoga moje nie czułaby się dobrze z całodobowa małą, swobodną fontanną di Trevi. 
I tak powoli miejsce swoje pobytu zmieniamy na kuchnię.
Robię śniadanie. 
Opcja pierwsza dziecko pluje. Opcja druga przyjmuje. 
Hura. 
Nadchodzi moment rzutu okiem na dom. 
O boziu kto mi to zrobił!
Ogarniam wczorajsze skutki szalejącego żywiołu. Przedstawiam koszty mężowi i ewentualnie naprawiam i sprzątam to, co jeszcze zostało. W głowie jak echo odbijają się mi wtedy słowa dialogu kury z kogutem z Marcysia książki  - "Do roboty droga kuro! Szybciej, prędzej! To nie biuro!"
Po czym szybko dochodzę do wniosku, że na 20 rzeczy sprzątniętych, mój tajfun w tym samym czasie bez kontroli rozpiernicza 60.
Odpuszczam.
Idziemy się bawić.
I tak odbywamy kilka wyścigów samochodowych, przy których piana z buzi idzie mi jak przy wściekliźnie.
Ale takie życie. Albo się mama wczuwa albo odpada. 
Potem jeszcze ładujemy drzewo dłużycowe na ciężarówkę.
Karmimy zwierzęta w farmie.
Gotujemy "ziupę" krowie (indywidualna dieta opracowana przez syna). 
Ciągnikiem siano zwieziemy i parę innych fascynujących rzeczy.
I kiedy nadchodzi taki moment, że większość zabawek nie ogarnia grawitacji i jest częściej w górze jak na ziemi to jest to moment na won z chałupy. 
Bardziej po rodzicielskiemu spacer.
I tu zależne od pogody i pory roku. 
A, że obecnie zima to co? A no sanki. 
I jeśli wybierzemy kierunek, który wiedzie na plac zabawy to z góry mam przekichane. 
Ponieważ gdy w połowie drogi chcę zawrócić mam scena na wsi na całego.
Oczywiście nie ugięta negocjuje, tłumaczę, nie zwracam uwagi. 
Po czym jak pół wsi mi w oknach siedzi poddaje się i co? 
Zawracam.
Zaliczamy plac zabaw i obowiązkowe huuusi.
I nie ważne, że zima, że huśtawka oblodzona a matce dupa odpada. 
Się huśtamy.
Potem powrót do domu na który zawsze jest za wcześnie.
A Marcel nigdy nie znudzony, nie śpiący i nie zziębnięty. 
Droga do domu zawsze musi być naokoło.
I tak przez góry, łąki, lasy, zasapana, zmachana, trochę z odczuciem konia towarowego jesteśmy w domu.
A nie! Nie tak łatwo!
Przedtem muszę jeszcze pokonać opór jaki Marceli stawia nogami w progu drzwi i tak wijącego, obrażonego i płaczącego rozbieram. 
Oj zła kobieta ze mnie, bo przecież jakby nie można w zimę w ilgo zamieszkać a latem w szałasie. To taka, żem wygodna.
Jemy ciepłe danie i od 19 miesięcy zadaję synulowi to samo pytanie. "Synu jesteś już śpiący"? Zawsze pada niezmiennie słowo NIE! 
Nie poddaję się. 
A warto, bo dziecko zasypia.
I takim sposobem mam statystycznie jakieś 1,5 godz na spichcenie obiadu i leżenie do góry d---. Statystycznie, bo syn wstaje po 40 min. 
Gotujemy razem. 
Po obiedzie zabawy cześć dalsza, czyli patrz cześć pierwsza dnia plus tatunio. 
I tu zaczynają się ekstremalne sporty.
Ja tylko zaglądam czy dziecku głowa nie odpadła, rąk nie ma tam gdzie nóg.
Nic nie wisi i kręci się w tą stronę, którą kręcić się powinno. 
Między czasie kilka razy zrobię po domu "na bajana", pozapełniamy żołądka. I oczywiście zależne od dnia się prasuje, pierze, robi ciasta, pasztety, sałatki, czyści fugi, myje okna, odkarmienia to, co zalazło i inne czynności, które odwalić w domu trzeba.
Zbliżamy się do końca dnia i od dłuższego czasu w podziale ról mama kąpie, tata karmi, mama usypia docieramy do końca dnia.
W nocy jak sobie zasłużyłam to dziecko mi wstanie tylko 4 razy. Jak nie zasłużyłam to 44 razy.
Jak ogólnie jest w ciągu dnia?
Jest intensywnie na tyle, że nigdy nie podałam na twarz tak jak teraz. 
Nawet wtedy kiedy pracowałam dzień za dniem po 10 godz a do domu wracałam po 13 godzinach. To pikuś. Czasem jak pod koniec dnia patrzę na syna i analizuje szybko stan mojego zmęczenie to czuje się jakbym ja jechała na zwykłych bateriach a Marcyś na Duracell. 
Ale i tak jest ZAJEBIŚCIE!