piątek, 20 lutego 2015

Życie towarzyskie

Przychodzi taki moment w życiu małego ancymona, że cyc i kieca mamy to stanowczo za mało. 
Tak też synowi mojemu przestrzeń życia osobistego poszerza się i rozciąga dosyć zamaszyście na wschód i zachód, północ i południe.
Do swojej nie innej jak otwartej na oścież przestrzeń jest gotów zaprosić każdego. 

Warunkiem jest posiadanie wypasionej chociaż jednej zabawki, wykrzywienie skóry na twarzy w sposób najbardziej pokazowy, czy być aktualnie w posiadaniu chociaż grama "cukiera".

Jeżeli spełnia się chociaż jeden z trzech warunków dziecko uznaję za sprzedane. 

W tak niedalekiej odległości od mojego rodzinnego gniazda znalazła się druga taka matka, która to również dziecię swoje postanowiła uspołeczniać. I tak syna swojego, jedynego i kochanego zaryzykowała i w towarzystwo mojego popchała. 

W praktyce to wygląda bardzo prosto albo ja zabieram syna pod pachę i robimy rozpierduchę u kolegi albo wersja bardziej bolesna. Oni robią taką samą rozpierduchę u nas. 

Chłopcy w swej zabawie kierują się bardzo jasnymi i przejrzystymi zasadami wspólnego obcowania. Oczywiście bez zastrzeżeń działa to w dwóch kierunkach.

Zasada 1

Przychodzisz do mnie to pamiętaj, moje zabawki i moje królestwo. Pełny respekt do Mojego terytorium i do Moich zasad rządzenia. 

Zasada 2

Jeżeli ja się bawię jedną zabawką a Ciebie najdzie ochota na dokładnie tą samą zabawkę to przynajmniej minimalnie o nią powalcz. Nie oddawaj bez walki. Przyda Ci się to w bestialskim dorosłym życiu, gdzie o swoje trzeba walczyć, inaczej Cię rozkradną i wyszarpią, co jeszcze pozostało.

Zasada 3 

Co Twoje to i moje, a co moje to już nie Twoje. Znajomość tej zasady będzie dla Ciebie fundamentem do przetrwania w małżeństwie z żoną. Oczywiście jak się domyślasz mowa tu o Twojej forsie. Kobiety podobno tak mają ty sponsorujesz dom i dzieci, a żona sponsoruje swoje "waciki".

Zasada 4

Jeśli masz coś do mnie strzelmy sobie wzajemnie po razie i po sprawie. Po co analizować, dyskutować, tak przecież krócej i po męsku.

Zasada 5

Jeżeli najdzie mnie ochota na pocałowanie Twojej mamy. Nie patrz się krzywo i nie stawiaj oporu. Zrozum chłopie ciągle tylko jedna kobieta i ciągle mama. (Wyjątki imprezy rodzinne)

Zasada 6

Jeżeli usłyszysz w wypowiadanym zdaniu nowinki językowe jak np "cholera" szybko wyłapuj. Dwa razy powtarzać nie będę, bo mnie z domu wyeksmitują a jak na razie do roboty mi nie spieszno.

Zasada 7   

Jeżeli zaczynają mi się ataki złości nie traktuj mnie jak furiata. Mamie się wydaje, że oddaje mnie tacie na wyciszenie, a ja po prostu jestem ciekawy do której rundy tata już doszedł lub jaki jest wynik meczu.

Zasada 8

Nie trać wiary w to, co wspólnie robimy. Tak jak Ci wcześniej mówiłem materac na łóżku rodziców na pewno ma wbudowaną trampolinę. Po prostu ciągle widocznie nie skaczemy tam gdzie się ona wysuwa.  

Zasada 9.

Na wadzę przybieramy równo. Nie będę nosił przez wieś ze sobą jeszcze paczki pampersów.

Zasada 10

Jeżeli mamy nam wymyślą jakąś zabawę nie bawimy się w nią dużej niż 10 min. One będą zadowolone, bo pomyślą, że są kreatywne i nie wieje od nich nuda a my unikniemy w ten sposób dodatkowych problemów.

Zasada 11

Jeżeli rodzicielki nasze uparły się, co do czytania nam książek nie stawiajmy oporu. Dobrze wiemy, że lecą z pamięci ale jak zapomną alfabetu to kto nam wypracowania będzie w szkole pisał. A lecąc na znajomości lektur przez tatuśków naszych to nawet z przedszkola nie wyjdziemy.

Zasada 12

Jeżeli usłyszysz słowo "pa pa". Nie buntuj się, po prostu czuję, że opadam z sił a przed nami jeszcze noc. Zakład kto da dłużej popalić rodzicom w tym miesiącu jeszcze się nie skończył, a ja czuję w powietrzu moje zwycięstwo. 

Zasada 13

Jeżeli po spotkaniu odnajdziesz na swoim ciele nowe rany nie czuj urazy. Pamiętaj to zawsze będzie symbolem wśród kobiet męskość, siły i bohaterstwa. Czyli wszystkie laski NASZEEE!


Rola mamusiek w porównaniu do zasad naszych synów jest mocno prymitywna. Ogranicza się tylko do zapewnienia prowiantu, zadbaniu o sprawy organizacyjne i dopinanie kalendarza spotkań naszych synów.
Natomiast wiara  w sens tego, co robimy jest na prawdę wielka.

Wiele nie oczekujemy.
Chcemy tylko z wypiętą piersią odbierać synów, gdy stópki tych małych obywatelów przekroczą próg publicznej placówki dla małych tyranków. A nie zza krzaków wywoływać imię syna z litością czekając jak panie przedszkolanki spuszczą nam go z okna, unikając tym samym jadowitego spojrzenia opiekunek oraz bezpośredniej konfrontacji z nimi i przyjmowania reprymendy za zrujnowanie życia psychicznego.

Panie Boże ustrzeż Nas

sobota, 7 lutego 2015

dzień powszedni

Wstaje słońce. 
Zaczyna się nowy dzień a wraz z nim kolejna próba przetrwania z szalejącym od 19 miesięcy tajfunem. 
Żywioł ten nieustannie przybiera na sile, jego zasięg ciągle rośnie a kierunek jego destrukcyjnych poczynań jest ciężki do określenia.
Nad ranem powoli pojawiają się pierwsze symptomy prognozujące pobudkę małego cyklonu. Pierwszy symptom to zmiana pozycji z bliżej nieokreślonej do leżenia na brzuchu i pnąca się ku niebiosom maleńka dupka.
Dziecko wstaje.
I tylko jak gałki swe otworzy zaczyna dzień od wiercenia swoich maciupeńkich paluszków w naszych zamkniętych oczodołach. 
Ot tak chyba z troski, co by sprawdzić czy po nocy nam oczy nie wchłonęły się do mózgu.
Kiedy okazuje się, że w tej materii nic się nie zmieniło pobudza dalej nasze narządy wewnętrzne przez energiczne i szybkie skoki. 
Z dużym naciskiem na jamę brzuszna, no bo przecież zaraz śniadanie a metabolizm od początku dnia musi być prawidłowy. 
Wtedy to jeszcze z mężem swoim walczę o chociaż 5 min na wciągnięcie "żółtka". 
Przez ten czas pod kołdrę zaczynają nam wjeżdżać ciężarówki, pociągi i inne samochody wyścigowe. W momencie kiedy nalot zaczynają robić krowy z farmy.
Wstaję. 
Sadzam królewicza na tron i ogarniam ciuchy robocze, bo pracy nas czeka co nie miara.
Ja w tym czasie ogarniam siebie i gdy nadchodzi moment spojrzenia sobie w lustro zawsze w głowie siedzi mi tylko jeden tekst - " codziennie rano budzę się coraz piękniejsza ale dzisiaj to już k-wa sama przesadziłam".
Potem nadchodzi moment teoretycznej współpracy matki z synem.
Ubieranie.
Chociaż syn mój najlepiej czułby się oczywiście w stroju pierwotnych ludzi ale podłoga moje nie czułaby się dobrze z całodobowa małą, swobodną fontanną di Trevi. 
I tak powoli miejsce swoje pobytu zmieniamy na kuchnię.
Robię śniadanie. 
Opcja pierwsza dziecko pluje. Opcja druga przyjmuje. 
Hura. 
Nadchodzi moment rzutu okiem na dom. 
O boziu kto mi to zrobił!
Ogarniam wczorajsze skutki szalejącego żywiołu. Przedstawiam koszty mężowi i ewentualnie naprawiam i sprzątam to, co jeszcze zostało. W głowie jak echo odbijają się mi wtedy słowa dialogu kury z kogutem z Marcysia książki  - "Do roboty droga kuro! Szybciej, prędzej! To nie biuro!"
Po czym szybko dochodzę do wniosku, że na 20 rzeczy sprzątniętych, mój tajfun w tym samym czasie bez kontroli rozpiernicza 60.
Odpuszczam.
Idziemy się bawić.
I tak odbywamy kilka wyścigów samochodowych, przy których piana z buzi idzie mi jak przy wściekliźnie.
Ale takie życie. Albo się mama wczuwa albo odpada. 
Potem jeszcze ładujemy drzewo dłużycowe na ciężarówkę.
Karmimy zwierzęta w farmie.
Gotujemy "ziupę" krowie (indywidualna dieta opracowana przez syna). 
Ciągnikiem siano zwieziemy i parę innych fascynujących rzeczy.
I kiedy nadchodzi taki moment, że większość zabawek nie ogarnia grawitacji i jest częściej w górze jak na ziemi to jest to moment na won z chałupy. 
Bardziej po rodzicielskiemu spacer.
I tu zależne od pogody i pory roku. 
A, że obecnie zima to co? A no sanki. 
I jeśli wybierzemy kierunek, który wiedzie na plac zabawy to z góry mam przekichane. 
Ponieważ gdy w połowie drogi chcę zawrócić mam scena na wsi na całego.
Oczywiście nie ugięta negocjuje, tłumaczę, nie zwracam uwagi. 
Po czym jak pół wsi mi w oknach siedzi poddaje się i co? 
Zawracam.
Zaliczamy plac zabaw i obowiązkowe huuusi.
I nie ważne, że zima, że huśtawka oblodzona a matce dupa odpada. 
Się huśtamy.
Potem powrót do domu na który zawsze jest za wcześnie.
A Marcel nigdy nie znudzony, nie śpiący i nie zziębnięty. 
Droga do domu zawsze musi być naokoło.
I tak przez góry, łąki, lasy, zasapana, zmachana, trochę z odczuciem konia towarowego jesteśmy w domu.
A nie! Nie tak łatwo!
Przedtem muszę jeszcze pokonać opór jaki Marceli stawia nogami w progu drzwi i tak wijącego, obrażonego i płaczącego rozbieram. 
Oj zła kobieta ze mnie, bo przecież jakby nie można w zimę w ilgo zamieszkać a latem w szałasie. To taka, żem wygodna.
Jemy ciepłe danie i od 19 miesięcy zadaję synulowi to samo pytanie. "Synu jesteś już śpiący"? Zawsze pada niezmiennie słowo NIE! 
Nie poddaję się. 
A warto, bo dziecko zasypia.
I takim sposobem mam statystycznie jakieś 1,5 godz na spichcenie obiadu i leżenie do góry d---. Statystycznie, bo syn wstaje po 40 min. 
Gotujemy razem. 
Po obiedzie zabawy cześć dalsza, czyli patrz cześć pierwsza dnia plus tatunio. 
I tu zaczynają się ekstremalne sporty.
Ja tylko zaglądam czy dziecku głowa nie odpadła, rąk nie ma tam gdzie nóg.
Nic nie wisi i kręci się w tą stronę, którą kręcić się powinno. 
Między czasie kilka razy zrobię po domu "na bajana", pozapełniamy żołądka. I oczywiście zależne od dnia się prasuje, pierze, robi ciasta, pasztety, sałatki, czyści fugi, myje okna, odkarmienia to, co zalazło i inne czynności, które odwalić w domu trzeba.
Zbliżamy się do końca dnia i od dłuższego czasu w podziale ról mama kąpie, tata karmi, mama usypia docieramy do końca dnia.
W nocy jak sobie zasłużyłam to dziecko mi wstanie tylko 4 razy. Jak nie zasłużyłam to 44 razy.
Jak ogólnie jest w ciągu dnia?
Jest intensywnie na tyle, że nigdy nie podałam na twarz tak jak teraz. 
Nawet wtedy kiedy pracowałam dzień za dniem po 10 godz a do domu wracałam po 13 godzinach. To pikuś. Czasem jak pod koniec dnia patrzę na syna i analizuje szybko stan mojego zmęczenie to czuje się jakbym ja jechała na zwykłych bateriach a Marcyś na Duracell. 
Ale i tak jest ZAJEBIŚCIE!
















wtorek, 27 stycznia 2015

z pokorą przez życie

Każdy człowiek w całej swojej osobowości ma coś wyjątkowego.
Sprawiedliwość co do ujarzmienia sobie jakiegoś daru w większym czy mniejszym stopniu tak naprawdę nie istnieje.
Talenty, szczęście czy też zdrowie spadają na nas z różną siłą i częstotliwością oraz są nam dane albo na zawsze albo tylko na krótki moment.
Oczywiście nie żebym była zdania, że od nas to nic już nie zależy, bo przecież z przeznaczeniem swoim się nie wygra.
O wiele rzeczy trzeba powalczyć. Dużo zależy przecież od nas samych. Naszej pracowitości, charyzmie czy podejściu do tego co chcemy i ile osiągnąć.
Ale we wszystkich tych dobrach i poglądach na swoją prywatną ideę życiową najcenniejszą dla mnie w człowieku cnotą zawsze pozostanie pokora.
Pokora do talentu, do sukcesu, rzeczy materialnych, które udało się nabyć, pieniędzy czy życia.
Ja wiem, że przyszło nam żyć w czasach gdzie za sukcesem często stoi bezwzględność, brak chociaż minimalnej empatii czy pewność siebie zrodzone przez zadufanie.
Gdzie ta ostatnia jest czasem w człowieku bardzo przerośnięta. Żyjąc tym samym trochę w iluzji oraz grając scenę we własnej komedii.

Nie maluję świata naszego szarymi kolorami ale trochę zaczynamy żyć będąc wyuczeni pewnych postaw i wartości. A nie pozwalamy doświadczyć ich w realnym życiu i świadomie przeżyć. Tak jakbyśmy się bali przejść mentalnie na drugą stronę rzeki.
Pokora może stać się własną filozofią życia, która tylko nas pięknie wewnętrznie i duchowo wzbogaci.
Przecież cudowne jest to jeśli człowiek zna swoje ograniczenia, z szacunkiem podchodzi do tego co osiągnął bo wie, że wszystko to może być terminowe. Czasem wydaje się mi, że pokora szybko weryfikuje Nas w życiu i ewentualnie spycha do parteru jeśli nie ma swojego miejsca na wyrażanie siebie.
Niestety często patrzymy na to co już mamy, że to normalne taki podstawowy pakiet, który każdy ma prawo po urodzeniu otrzymać.
Niestety strata uświadamia nas dopiero, że ten zwyczajny stan rzeczy to podstawa naszego szczęśliwego i spokojnego bytowania tutaj na ziemi.
Mądrość co do wpisania sobie w życie pewnych wartości jest niezmiernie trudna.
A może właśnie banalna?
Wystarczy nie być bufonem, nie kreować siebie przez samozachwyt i obsypywaniem słowami, które miałyby wzbudzić pusty podziw.
Mylnie czasem postrzegamy pokorę jako cnota ludzi skromnych, przezroczystych czy bojaźliwych.  A przecież jest zupełnie odwrotnie.
Człowiek, który z pokorą opowiada o czymś cennym jest osobą bardzo pewną swoich wartości, wewnętrznie tak mądrze dojrzałą.
Tylko miałki człowiek, któremu wydaje się, że jak będzie krzyczeć o sobie głośniej czy o swoich poglądach jest od innych więcej wart, po prostu lepszy.
Nie wiem czy to czasy na takie wartości ale one istnieją.  A Ci ludzie czasem bardzo zwykli to najprawdziwsze diamenty jakie przyszło mi podziwiać na swojej przejściowej ziemskiej drodze.

niedziela, 18 stycznia 2015

matka natura

Gdy kobiecie rodzi się dziecię, płodna i życiodajna matka natura o niej nie zapomina.
Ona przecież jako ponadczasowa matka wszystkich matek dobrze wie, co takiej kobiecie i małej latorośli do przetrwania będzie niezbędne.
I tak kobieta pewne dary i adaptacyjne funkcje dostaje od razu, a pewne wykształcają się w trakcie symbiozy ze swoim pisklęciem. 
Tak sobie myślę, że największą inteligencją matka Ziemia wykazała się w obdarowaniu kobiety licencją na całodobowy bar mleczny.
Dużych tu biznes planów na działalność pisać do niej nie trzeba.
Walisz testem ciążowym i możesz startować. 
Podarunek ten przydatny jest bardzo w sytuacji gdy kobieta wcześniej z kuchnią miała tyle do czynienia co świnia z teatrem.
Wtedy to spina tyłek i ma pół roku by ogarnąć się w temacie.
Tyle dziecię może jechać na samym mlecznym nektarze.
Potem na szczęście zaczyna się od mało skomplikowanych dań.
Jabłko z marchwią raczej ogarnia każda z nas.
Co jest potem?
Potem to już refleks Cię ratuje, czyli łapiesz tam gdzie dziecko pluje, a najczęściej pluje dalej jak patrzy.
Bywa i tak ze kobiecie pokarm zanika np. po 3 miesiącach. Widocznie wtedy taka matka natura uznaje, że na Twoich umiejętnościach kulinarnych dziecko już przeżyje i nie ma potrzeby sztucznie wydłużać funkcjonowanie baru.
Jeśli o mnie chodzi działalność powyższą prowadzę już 18 miesięcy i aż strach sięgnąć tu o dalekie idące wnioski. I proszę Was wy też tego nie róbcie, starczy, że moja rodzina i jej podniebienia cierpią.

Kolejną rzeczą jest krzesełko, które to umiejscowione bywa na talerzach biodrowych kobiety.
Jest praktyczne i dla dziecka wygodne, a przede wszystkim w pełni bezpieczne.
Posiada funkcję regulowania wysokości, obrotową, nie rysuje podłogi. Dodatkowo ma stabilne oparcie, którego grubość zależna jest od wielkości bicepsa matki.
Przydatne gdy trzeba kotleta przekręcić, polecony listonoszowi podpisać czy rzęsy wypięknić.
Co jeszcze?

A no np. termometr wszczepiony pod skórą.
Kobieta nalewa wodę do wanny i wie czy to 37 czy jeszcze należy te pół stopnia ciepłej dopuścić do kąpieli.

My kobiety obdarowane jesteśmy również umiejętnością dokonywania obliczeń matematycznych w przestrzeni 10D.
Dla mniej wtajemniczonych jak to się robi.
Mianowicie na początku kodujesz ile dziecku włożyło się na talerz. Potem odejmujesz z tego co na nim zostało i dalej z podłogi, krzesełeczka, z buzi i butów, ubrania Twojego i dziecka, lodówki i ściany no i wynik różnicy to jest ilość pokarmu w brzuchu degustatora. I wtedy wiadomo czy można sobie dalsze dokarmianie darować czy jedziesz z tym koksem jeszcze parę łyżeczek.

Nie wiem akurat czy, aż tak przydatne ale matka ma nos wyczulony oraz zasięg owego nosa jest porównywalny do naszych biegających czworonogów.
A o co chodzi ?
A no chodzi o to, że jak Twoje dziecię siedzi w jednym kącie mieszkania a ty w najbardziej oddalonym drugim takim kącie to taka matka wie, że dziecko jej się coś więcej niż tylko zebździło.
Albo jak Twoja pociecha jest w zbiorowości większej to matka też wie, że to nie dziecko sąsiada tylko jej potomek.
Ojcowie z kolei w tym przypadku tę umiejętność mają wprost odwrotnie proporcjonalnie do nas.

Kobieta posiada również ogrom mniejszych przydatności jak np. czujnik ruchu dziecka w nocy. Wiesz kiedy masz wstać i okryć zziębnięte ciałko.
Wykrywacz kłamstw w oczach, dzięki czemu kobieta rozpoznaje, czy dziecko kłamie na potrzeby sytuacji czy to najprawdziwsza prawda.
I tak mogłabym wymieniać jedno za drugim i końca by nie było.
Można by pisać o pokładzie sił, które nie mają czasem prawa istnieć a istnieją i góry dziecku przynoszą.
I o sercu, które się otwiera tak szeroko i serdecznie.
I o miłości takiej zupełnie innej, nowej, pięknej, takiej WIELKIEJ, za NIC i na ZAWSZE.

środa, 14 stycznia 2015

Baja

Zanim moje macierzyństwo przeszło w fazę urealnienia, byłam wcześniej oczywiście w posiadaniu pewnego wyobrażenia o nim. 
Wyobrażenie budowałam sobie przez pryzmat tego co zaobserwowałam,  przeczytałam czy też się nasłuchałam. 
I tak mądra o to, co się mi nazbierało wiedziałam wtedy parę  najistotniejszych kwestii.
Po pierwsze chociażby to, że wykrzesanie czasu dla siebie jest nie lada wyczynem. 
Wiedziałam a i owszem, że początkowo zanika podział na dzień i noc. 
Wiedziałam również, że nie będzie już nic takie jak wcześniej. 
Wiedziałam i zarazem nie wiedziałam. 
A jednak do bajki tej chciałam wejść i odegrać tylko tę jedną rolę. 
Kiedy nastąpił moment pierwszego krzyku wszystko się zaczęło. 

Co się okazało syn nas bardzo kocha i od początku swoich dni próbuje udowodnić swoim rodzicom, że sen ich jest w życiu zbędny i że można bez niego normalnie funkcjonować. 
W eksperymencie swoim bardzo brutalnie sprawdza jak długo jeszcze w tym maratonie pociągniemy. 
I o dziwo ciągniemy. 
Ja chyba trochę lepiej od męża sobie z tym radzę, bo ten co dzień rano po nocy się mnie pyta : " co ja żem taka piękna?". 
Co do czasu dla siebie nie będę pisać przecież o tym co praktycznie nie istnieje. 

Ale tak naprawdę będą i na serio trochę też. To chce pisać o tym co warto. A tak wiele przecież u nas tego. 
Emocji związanych z dzieckiem, których nic nie zastąpi.
Zdziwienia, którego nikt nie wytłumaczy. 
Sytuacji, gdzie opis nigdy nie odda tak całej prawdy.  
Zapachu dziecka,  którego nie jesteś w stanie do niczego porównać. 
Ciepłoty ciałka, głosu nietuzinkowego,
Przytulania syna spontanicznego. 
Pisać o rzeczach,  których słowa nie oddadzą całej magicznej bliskości i uczucia tak ciężko jest dobrać. Bo jak możesz wytłumaczyć, co się czuje jak ty mocno wtulasz dziecię swoje w ramiona a ono rączkami oplata Ci szyję. To tak jakby połączyć ze sobą brakujące puzzle. Tak idealnie pasujące. Wzorowo wplecione. 
Właśnie to ciałko do właśnie tych ramion. 

I Patrząc z boku na dziecko swoje zabawą mocno zafrapowane myślisz sobie, że masz przed sobą najprawdziwszy żywy cud. 
Cud życia. 
Najpiękniejsze oczy ozdobione długimi rzęsami. 
Najzgrabniejszy nosek. Cudne, okrągłe poliki.
Patrzysz na malutkie rączki, które z dnia na dzień coraz więcej już potrafią. 
Tak mała istotka a spełnia wszystkie od życia życzenie.  
I codziennie uśmiech z twarzy rodzica nie schodzi gdy pierwsze słowa dziecka swego słyszy. 
I nie można radości wyhamować gdy po domu słowa się rozchodzą

barść!                           ooo bozie!                aaa tam!                         mamuś/ tata! 

daj/ maś!                     dziewo!    ciułała!       ciemu!                       ziaba!  

baja!   

I niech ta baja nasza w rodzinie taka już piękna w prawdziwe i małe emocje zamieszka z meldunkiem na stałe ...

spacerowo













środa, 7 stycznia 2015

Nowa kartka w starym życiu

Od momentu kiedy w moim życiu pojawiła się tętniąca życiem istota nie da się, choćby nie wiem jak człowiek się wyginał żyć bez planów.
Codzienność zapełniana jest przez mniejsze harmonogramy, których to szczególnie trzeba się mocno trzymać, by nie znaleźć się w sytuacji w której to sięgając po pieluchę pazurem przejeżdżasz po dnie tekturowego pudełka.
Chcąc nie chcąc młoda matka musiała nauczyć się planować.
Ale w swoim wywróconym do góry nogami życiu matka ta nie ma tylko pomysłów na siebie i kolejny każdy dzień mierzonych małą miarką. Ona już wie, że jak spadać to z wysoka.
Wszakże mamy początek nowego roku i co niektórzy, a ja do takich osób jak najbardziej należę robią postanowienia noworoczne.
Bez minimalnego procenta we krwi i z pełną świadomością listę zrobiłam i zamierzam się z niej skrupulatnie rozliczać.
Jest to w pewnym sensie test dla mojej samomotywacji i wytrwałości w dążeniu do wyznaczonych sobie celów.
Realistka ze mnie duuuża to, też zdaje sobie sprawę, że nie wszystko uda się mi zrealizować. Sam film pt "życie'' chce w tylu niespodziewanych rolach nas obsadzić.
Z wyników rozliczę się na pewno w tym miejscu, co też robię z pełna premedytacją ponieważ podobno obietnice składane publicznie mają większą szanse na to by zostały zrealizowane. A tonący brzytwy się chwyta.
Postanowienia dotyczące różnych sfer mojego życia mają wspólny mianownik, który to odpowiada tytułowi mojego bloga.
Ogólnie mniej gadania więcej działania.
Jednym z punktów na liście to prowadzenie od tego roku bloga. Może powinnam tym wyjaśnieniem rozpocząć pisanie postów ale, że podobno wiele rzeczy robię z d... strony to dzielę się z tym teraz. Jest to dla mnie z pewnością duży eksperyment życiowy, bo nie wiem zupełnie co z tego wyjdzie i na czym się skończy.
Ale długo biłam się z myślami czy jest sens i czy nie przeznaczyć tego czasu na robienie czegoś bardziej może konstruktywnego. Ale summa summarum przekonałam siebie, że chociaż spróbuję.
Od zawsze miałam ciągotkę w stronę pisania, chociażby pamiętników, które obecnie mają dla mnie ogromne znaczenie sentymentalne, bo wracam do czasów.. a no właśnie cofam zegarek i przenoszę się w okres mojego dzieciństwa i szaleńczych przewspaniałych młodzieńczych lat. I zawsze ale to zawsze przy odczytywaniu dosyć mocno pogłębiam moje zmarchy śmiechowe.
Nie wiem czy to, co będę zamieszczała tutaj w postach, dla osób po drugiej stronie będzie się podobało ale celem tego wszystkiego jest robienie to dla samej siebie. Jeżeli natomiast znajdzie się choć jedna osoba, która chce poznać trochę mojego nudnego świata to poddam się krótkiego wokalnego fałszu w zaciszu domowym.
Poza tym nie wiem jak bardzo mogę zaufać swojej pamięci a chwile głównie spędzone z moją rodziną chciałabym w jakiś sposób utrwalić. Nie chcę by wyleciał nawet kawałeczek z tych wspomnień. Dla tego tutaj chce pisać o moich emocjach, radościach, momentach, które mnie zachwycają i rzeczach, które zastanawiają. O skrawku mojego życiu..

A teraz wykładam kawę na ławę i oto moje cele na 2015 rok

1. Blog - jak już wspomniałam wyżej.
2. Zaliczenie przynajmniej jednej imprezy biegowej.
3. MINIMALNIE 3 x na tydz. wyginać ciało śmiało, czyli tak zwana aktywność fizyczna.
4. Nie odmawiać dziecku wspólnej zabawy, bo przecież kto jak nie matka i ojciec.
5. Piec więcej chleba i bułek oraz zaprzyjaźnić się z szynkowarem, czyli jednym słowem eliminacja syfu w podstawowych produktach.
6. Oddać się pracy niewolniczej na rzecz grubego hajsu.
7. Posiąść nową umiejętność. W głowie mam tylko jedno i nie jest to polo dance.
8. Wpleść książki w wieczorne pory.
9. Dla męża z poziomu ZOŁZA przejść na poziom zołza.
10. Wdrożyć akcje '' wyloguj się do życia'' czyli nie zaśmiecać sobie czasu w poszukiwaniu nie wiadomo czego.
11. 12. 13. Zachowuje dla siebie. Nie dam rady się publicznie tak wylać. Sory


początek roku uchwycony u nas aparatem










wtorek, 30 grudnia 2014

Lekcja samotności

Ogólnie to człowiekiem stadnym jestem. 

Dobre towarzystwo cenię sobie i to nie mało, bo lubię czasem intelektualnie zmęczyć się podczas rozmowy z przeciwnikiem. 
Są i tacy co i zmęczyć mnie swoją wspaniałowościa potrafią i ostatnie soki ze mnie wycisną i energię dobrą zabiorą. A ja wtedy przechodzę przez wszystkie rozdziały z książki ze swoją mową ciała, co by postawą jasny do odbioru przekaz dać, że nie koduje co ty do mnie gawarisz a moje savoir-vivre  nie pozwala powiedzieć "spływaj". 

Świadomość moja jest na tyle duża, że zdaje sobie sprawę, iż vice versa. Sama przez to ze sobą przechodziłam. A razem ze mną przechodziła Celine Dion. W podziale ról: ona śpiewała, a ja ryczałam. Ale to dawno bardzo było. Teraz albo jestem silniejsza albo mam do siebie tyle empatii co ślimak. 

Wracając do sedna sprawy to pomijając fakt,  że dobre towarzystwo działa na mnie jak mocna kawa to lubię jednak te chwile spędzone w samotności. 
I choć od pojawienia się dziecka na świat, dom nasz praktycznie nie zaznaje ciszy,  bo wszędzie roznosi się świergot mojego pisklęcia. To jednak przychodzi ta czarna i ciągle za krótka noc. 

I nastaje czas w którym nie tylko mężczyźni mają potrzebę czasem zaszyć się w swojej jaskini. Czas kiedy dziecko moje już śpi a ja siedzę w fotelu z kubkiem kakao jest czasem na przerobienie emocji z dnia całego i na poznawanie siebie. Oczywiście wygospodarować trochę czasu na dokonanie takiej higieny psychicznej to nie lada rarytas ale gra jest warta świeczki. 
Muszę mieć takie chwilę by nad sobą się zastanowić. Jeśli chce się dobrze czuć sam ze sobą trzeba mieć ten moment na bycie tylko ze swoimi myślami.
Czasem ucieka się przed tymi chwilami. Strach przed przyznaniem się do pewnych rzeczy jest większy ale nie tędy droga.
Poza tym ze jestem matką i żoną jestem też kobietą. Jestem sobą - odrębną jednostką, która musi zajrzeć czasem, co w środku u mnie siedzi. 
W pełni rozumiem osoby, które uwielbiają samotne piesze wycieczki po górach. Uważam, że jest w tym tak dużo mistycyzmu, którego ja ciągle poszukuję. I chociaż każdy ma swój sposób na medytacje, na swoisty rodzaj mentalnej włóczęgi to w moim przypadku nierzadko jest to bieganie. 
Tak też sobie wybiegałam kilka problemów a raczej sposobu na nie. I kilka pomysłów w moim życiu też wybiegałam. 
Pewnie dlatego jestem bardzo ze sobą pogodzona i nie mam problemu z szeroką pojętą  akceptacją siebie samej. A przecież jest to tak ważne w budowaniu zdrowych relacji partnerskich czy w wychowaniu dziecka. Niby takie oczywiste ale nie do końca już tak proste.
Człowiek poznaje siebie przez całe życie. Sytuacje różne w życiu powodują, że zmienia się swój charakter, swoją osobowość bez naszej czasem woli. Jak korzeń wrośnie mocno w ziemię tak emocje towarzyszące silnym przeżyciom zostają i panosza się jak cholery chcą. 

Nad niektórymi można cechami jeszcze pracować by powróciły z lat w których się człowiek uwielbiał. Ale siebie trzeba czasem dobrze przerobić. Kartka po kartce opanować jak książkę. Nie wyrywać kartek, bo wtedy całości się nie zrozumie i sensu odszukać na próżno.