niedziela, 10 maja 2015

Awans

Dawno, dawno temu jak jeszcze byłam piękna, młoda, zgrabna i powabna.
Mój status częściej niż rzadziej na czole wyświetlał informację "singielka".
A, że były to czasy gdzie przekonania moje były mocno zbliżone do ruchu radykalnych feministek to nie przystawało mi tym samym pozostawać uwikłana w związki damsko-męskie z opiewającym okresem długoterminowym.
Groziło to ZAangazowaniem, ZAkochaniem czy w najgorszym wypadku ZAmażpójściem.
Co to, to nie, bo przecież do 30-tki to białej kiecy miałam nie zakładać, nie grzebać w garach i nie pozbywać się luksusu spania w poprzek łóżka.
No i rozum to ja miałam ale serce chociaż solidnie przywiązane aortami i innymi żyłami to i tak czmychnęło.
Tym samym perfidnie oszukałam siebie o jakieś 7 lat i zdradziłam moje zasady, którym pozostawałam tak wierna.
Mąż mój wyrwał mnie z błogiego snu pełnego sielankowego życia.
Chociaż tak dłużej myśląc to wybierając akurat mnie za żonę chyba był na niezłym rauszu. Nie wiem czy na trzeźwo można się decydować na spędzenie dalszego życia u boku kobiety, której wiedza kulinarna ograniczała się do tego, iż wiedziałam, że woda wrze w 100 stopniach i tyle jej trzeba by upragnioną kawę zaparzyć. 
Poza tym wcześniej np upieczenie jakiegokolwiek ciasta było dla mnie osiągnięciem porównywalnym do odkrycia polonu i radu przez M. Skłodowską-Curie.
Wyższa magia.
Czy jeszcze coś wiedziałam?
Hmm NIE.
Zero, totalny głupek ze mnie był.
Kuchenne czynności nie uznawałam i nie wykonywałam.
Robiłam za to tą część męską, typu koszenie trawy, mycie auta, gdzieś tam taczką pojeździłam, deskę pomalowałam.
W każdym bądź razie kucharka ze mnie była taka jaka diwa hollywoodzka.
I tak chciał nie chciał w końcu przyszedł pierwszy weekend po ślubie od której wszystko się zaczęło. Miałam żyć miłością i powietrzem.
Ale heaven miałam przed oczami.
Musiałam coś ugotować.
Oczywiście padło na rosół.
Obdzwoniłam mamę i zaczęłam wizualizacje mojej czynności i za chusteczkę nie mogłam sobie wyobrazić, że jak w gar wrzucę kurę, kranówą zaleje i trochę warzyw dorzucę to, to żółte będzie i miano rosołu przybierze.
O dziwo wyszło.
Od tego momentu mąż mój uważa, że rosół to od kogo jak od kogo ale od żonki najlepszy.
Początki  były oporne nie raz fileta opanierowałałam, usmażyłam a potem wyszło, że jednak nie ubiłam.
Ale sorry pewne oczywiste oczywistości w krew mi nie weszło za młodu.
Leciały dni, miesiące i tak obiad do obiadu  moje doświadczenie diametralnie się powiększało. Chyba niczego się tak w życiu wiele sama nie nauczyłam i to bez motywu materialnego.
Obecnie komplementy jakimi mój mąż mnie obsypuje są wtedy gdy obiad podaję do stołu i pada w tym czasie w moją stronę "ależ ty się kobieto wyrobiłaś".
Takie to mam ponętne komplementy po 5 latach małżeństwa.
Czyż nie słodko?
Obecnie duma mnie rozsadza, bo dużo rzeczy umiem wepchnąć w słoik, ciasta ogarniam w stopniu poprawnym.
Przepisy moich pewniaków zapisane mam na twardym dysku w pamięci i odtwarzam w nocy o północy.
Jak analizuje pewne moje zachowania chociażby w sklepie mięsnym, gdzie sprzedawczyni opisuję jaki schab chce dostać i ta moja konwersacja z tą miłą panią trwa dużej niż u fryzjerki, której tłumaczę z czym chce wyjść na głowie.
I jak jeszcze jak do tego dorzucę sytuację, że jak wstaję z rana i patrzę na słońce to już nie myślę, że fajnie, bo tyłek biały przysmażę tylko, że jak sobie ciasto drożdżowe ugniotę i za szybę wystawie to ono mi nie w dwie godziny ale pół urośnie.
I po takich akcjach mogę siebie nazwać kurą domową ale nie zwykłą ale rasową kurą domową.

Post ten nie będzie widniał w nieskończoność na moim blogu, ponieważ gdy zaobserwuje czas, iż zbliża się synowa.
Wykasuje.
Przepadnie na zawsze gdyż nie może wyjść, że taka to zdolna od początku nie byłam.
Zrozumie każda ta, co syna ma. :)