piątek, 17 kwietnia 2015

By i "wielbłąd" w życiu cieszył.

Rodzimy się dla tego świata i początkowe lata naszego życia przejmują nasi rodzice.
To oni w pełni dbają o nas, chronią nas, przelewają swoją miłość najlepiej jak sami umieją.
Robią milion drobnych rzeczy tych codziennych rutynowych i tych istotnych, które kształtują nas w życiu dorosłym.
Ale dzieciństwo kiedyś się kończy.
Rodzice ten krótki sznur z każdym dniem popuszczają coraz więcej i więcej.
Aż w końcu dochodzimy do momentu, kiedy sami stajemy się w pełni decyzyjni i bierzemy cała odpowiedzialność za swoje życie.
Poszukujemy swojej drogi, która ma się okazać tą właściwą. 
Ale nie zawsze od razu tak się staje.
Czasem zawracamy na tej drodze i wybieramy inną, bo co się okazuje ta najbardziej prosta nie musi być tą którą warto iść przez swoje jedyne życie. 
Wydaje się mi, że podobnie jest w życiu. 
Trzeba czasem doświadczyć wielu skrajnych emocji i uczuć, by poczuć naprawdę sens istnienia. 
To wszystko nas niesamowicie kształtuje. 
W całej tej ziemskiej podróży podstawą są moim zdaniem marzenia. 
Trzeba codziennie robić małe kroki, które przybliżają nas do uczucia ich spełnienia. 
Musimy wiedzieć jak to jest.
Znać smak spełnienia. 
Bardzo dobrze jest mieć osobę, która w nas wierzy i będzie pchać nas ciągle do przodu i do przodu.  Niech to będzie ktokolwiek partner, przyjaciel, mama, siostra, córka czy dziadek.
Ktoś kto powie, że nie bój się, bo ty dasz radę.
Pamiętam jak podczas podróży poślubnej, która była erę temu, jednym z naszych dni spędzonych na Teneryfie był Siam Park.
Dużo szaleńczych atrakcji wodnych.
Była tam jedna zjeżdżalnia wodna Tower of Power, wys. 28 m. 
Szła w zabójczym pionie. 
Została tylko ona do zaliczenia.
Chociaż pociągała mnie jazda na niej do granic szaleństwa. 
Nie byłam w stanie się przełamać, żeby zjechać. 
Widziałam jak zjeżdżam, wypadam z torów i się zabijam o płytki. 
I tyle z mojego pożycia małżeńskiego. 
A, że dosyć nietypowo jak na podróż poślubna spędziłam ją z mężem, to on zrobił tam niezwykła robotę. 
Dał mi kopa motywacji, powtarzając mi, że dam radę i jak tego nie zrobię to będę miała w sobie gorycz i poczucie niespełnienia jak wyjadę.
Oczywiście była to prawda, bo pewnie zawsze myślałam, że tej kropki nad i tam brakuje.
I zaryzykowałam tylko dlatego, że mąż we mnie uwierzył.
Szłam potem po tych schodkach mijając osoby, które zawracały gdy dochodziły na samą górę.
Gdy nadszedł mój moment przy głosie ratownika dolatywały niebiańskie anioły i przy śpiewie " niebiański orszak niech Twą dusze przyjmie" poszłam. 
Uczucie jakie towarzyszyło mi po spełnionej frajdzie było jednym z piękniejszych. Nie oczekiwałam takiej dużej dawki wspaniałych emocji po czynie odwagi. 
Pewnie jakby nie Tomek w życiu bym się nie zdecydowała. 
Być może planował mnie wtedy zabić ale tym razem nie wyszło. 
Ważne jest, by ryzykować i by przeżywać. Od małych spraw po duże cele jaki zakładamy sobie, że chcemy zrealizować.
Strach ma różne oblicza.
Ja zawsze patrzę, że jak nawet nie wyjdzie, a będę w to wkładała całą siebie i serce moje to ile ja się przy tym nauczę.
Gdzie taką lekcje miałabym możliwość odrobić?
Trzeba w życiu iść ciągle do przodu i do przodu, bo drzwi nam się powoli zamykają, a tu ze wszystkim musimy zdążyć. 
Poszukujemy ciągle szczęścia i spełnienia. 
Czasem się wydaje nam, że leży on w lepszym samochodzie, wypasionym zegarku, nowej sukience czy innej rzeczy materialnej.
Że sąsiad to ma lepiej, bo kasa rośnie mu na trawniku. 
Że kuzyn to jakby w czepku urodzony, bo on to żadnych problemów nie ma. 
I, że tej Kaśce z podstawówki, to choć taka głupia i brzydka była to w miłości lepiej jej się poszczęściło, bo tyle już mężatką a ciągle tacy zakochani, a i on taki przystojny.
No i, że cellulit, to się uczepił mnie jak chyba u żadnej innej kobiety.
Często widzimy tylko małą cząstkę wszystkiego, zmieniając smak życia naszego na gorzkawy. 
Pisze o tym, bo kiedyś przeczytałam jedną opowieść o pustelniku bardzo szczęśliwym, który to uwielbiał siebie i swoje życie. 
Miał tylko jednego wielbłąda.
Codziennie zasiadał pod drzewem gdzie śpiewał wesołe piosenki i tak upływało mu życie.
Niedaleko mieszkał król w swoim dostojnym pałacu opiewającym w bogactwo.
Ale bardzo nieszczęśliwy i smutny.
Nakazał on swoim sługom przyprowadzić najszczęśliwszego człowieka jakiego spotkają. 
Oczywiście padło na wędrowca.
Ten zgodził się na wizytację u króla.
Podczas spotkania ten zapytał się pustelnika jak on to robi, że jest taki szczęśliwy. 
Ten mu na to, że nie wie. 
Po prostu takim jest człowiekiem. 
Natomiast po opuszczeniu pięknego pałacu nie był już tym samym szczęśliwym człowiekiem. Marzył o bogactwach i zazdrościł majątku królowi. 
Przywołuje tę opowieść, bo o niej zawsze w życiu pamiętam. 
My czasami się trochę gubimy w tym wszystkim. 
Zazdrościmy innym wielu rzeczy. 
Jesteśmy smutni z braku posiadania pewnych rzeczy czy stanu. 
A zapominamy o tym jak wiele mamy. 
Wszystko ma swój czas.
Nie można iść przez życie wiecznie się do kogoś porównując, bo jesteśmy jedyni. 
Kochajmy i traktujmy nasze życie jako odrębność. 
Jesteśmy mu to winni, bo ono nie ma nikogo oprócz nas, a z czasem się nam za to odpłaci.